Archiwum

Mało nas...

  • Wszystkich wizyt: 204921
  • Dzisiaj wizyt: 3
  • Wszystkich komentarzy: 19639

śmieszne w ch.. (używając nomenklatury współczesnej)

Obejrzałem przed chwilą (w towarzystwie Rodziców niestety) Chylińską u Wojewódzkiego. Brzuch mnie rozbolał i szczękę mi zmarmurzyło, tak się przed nimi wstydziłem.
Jako świadkami tego rozpaczliwego widowiska.
Podobnież niejaka Luxuria Astaroth, swoimi wypowiedziami wbiła się niedawno troszkę pod poziom mułu. Chylińska od dzisiaj jest trzydzieści kilometrów głębiej. Bezpowrotnie.
Chociaż swego czasu byłem wielkim fanem jej talentu.
Dawno i nieprawda.

Jakieś sześć, siedem lat temu bawiłem z DJ-em nad Czochą. Jedliśmy właśnie obiad w jednym z nadjeziornych smażalnio – barów. Pomiędzy zupą a drugim daniem, w alejkę między domkami wtoczył się dziwny beczkowóz. Większość wczasowiczów w popłochu porzuciła kebaby i niedojedzone frytki. Myśmy jednakowoż, nieświadomi zagrożenia pozostali przy stoliku.

W pewnej chwili je*nął taki smród, że nam pozrywało chusteczki z głów. Blizny mnie się otworzyły i zaczęły bleknąć tatuaże. Ptaki zawracały w locie, ryby przewracały się do góry dnem, muchy padały w konwulsjach i chyba nawet rozpoczął się swoisty odpływ, gdyż natura wolała się cofnąć, zamiast zginąć w męczarniach.
Bo szambo akurat opróżniali, jak się wkrótce okazało.

Jedzenie wróciło na tacki.
Głowy nam urwało przy samych dupach.
Zmieniły nam się rysy twarzy.
Ale na ewakuację było za późno.
Stało się.

Te wspomnienia powracały dziś w pełnej krasie i całej rozciągłości, za każdym razem, kiedy rzeczona Artystka uchylała otwór gębowy.

I don’t want to live on this planet anymore.

pomarańcze i mandarynki, czyli o obyczajach ludów dzikich

W samo południe udałem się do ulubionej części gmaszyska, czyli do podziemnego basenu kąpielowego, gdzie w chwilach zwątpienia, smutku i żałości pływam sobie aż do mroczków oraz stanu przedzawałowego.

Kiedym we windzie przygotowywał się emocjonalnie na rychłe pełne zanurzenie, drzwi się na szóstym piętrze odemkły i do kabiny wkroczyły dwa chińskie podrostki spowite w ręczniczko – szlafroczki i obładowane dobrem wszelakim, czego początkowo nawet nie odnotowałem.

- Swimming? – spytałem głosem, którym można by oszraniać szampana.

- Not really – odparł chłopiec.

- Maybe sauna only – dokończyła dziewczynka.

- No to macie fuksa – mruknąłem z lekka już udobruchany. – Gdyż to jest basen jednoosobowy oraz prywatny.

Po czym, z czystej, reporterskiej ciekawości spojrzałem na naręcza przedmiotów dźwiganych przez wesołą gromadkę.

Dziewczynka, poza ręcznikiem i szamponem, miała przy sobie ajpada, dwa ogromne notesy, książkę, piórnik, siatkę pomarańczy, litrowego dra peppera, komórkę oraz nieznanego przeznaczenia pudełko plastikowe.

Chłopiec tulił do swej wątłej piersi: ajpada, dwie książki, banana, komórkę, średnie chipsy bekonowe oraz czekoladę karmelową z solą morską.

Czekoladę tę akurat znam dobrze, bo w pobliskim supermarkecie trwa właśnie uwalnianie zapasów przedświątecznych tego skądinąd wyśmienitego przysmaku. Znajoma, która w rzeczonym sklepie pracuje na kasie, powiedziała mi wczoraj, że w ciągu dwóch ostatnich dni wygonili tych czekolad ze cztery tony. Ale do rzeczy.

Początkowo myślałem, że może dzieciaki planują po tej saunie iść do koleżanki odrabiać lekcje. I że ten cały majdan na razie pozostawią w szatni. W wielkim byłem błędzie, gdyż malcy, prosto z korytarza, buch wbili od razu do paleniska.

Pływałem ze siedemdziesiąt minut. W tym czasie sauny nie opuszczał nikt. Przyznaję, że chwilowo wyobraźni mi nie starcza, by ogarnąć orgię smaków i innych doznań, które miejsce mieć musiały za drzwiami.

Ale w sumie, to kocham takie klimaty. I już nie wnikam, że po morderczym pływaniu, zwyczajowo dochodzę do siebie w przybytku, który mi gnojki dzisiaj bezczelnie zajęły.

Ha.

 

 

„…I want a hippopotamus for christmas…”

- Chciałbym dostać od Gwiazdorka nowego woka, dobry rondel do sosu i porządną wyciskarkę do czosnku – rzuciłem mimochodem podczas wieczornych manewrów kuchenno – salonowych.

- I może jeszcze fartuszek oraz pończoszki – skomentował Miłoszek.

- Co ty tam brzęczysz? – spytałem zaskoczony. – Masz jakiś problem?

- A idź ty! Aleś se prezenty zaordynował. Jak jakiś pedzio – doprecyzował Miłoszek.

- A co by było nie jak pedzio? – zaperzyłem się. – Sikiera rycerska?  Nóż przetrwania? Kastet?

- Weź nie błaznuj – skrzywił się Miłoszek. – Jest wiele męskich prezentów takich, jak na przykład…

- Dostaniesz i woka i sikierę rycerską – przerwała Karakaszanka.

To lubię.

 

o braciach mniejszych, dużo mniejszych…

Siódmy dzień grudnia. Minus sześć. Odczuwalna minus sto osiemdziesiąt. A chłopacy wciąż przylatują do baru. Ściślej rzecz ujmując – tkwią przy nim prawie bez przerwy. No, zjawiają się w kilkuminutowych odstępach. Od świtu do czarnej nocy.

O ile latem wpadali ze trzy razy dziennie na jednego szybkiego, to teraz oblężenie i kolejka do zakrętu. Wron się nie boją, mew się nie boją, tylko się przysysają i żłopią że aż gulgocze w paśniku.

Pojawiła się w związku z tym teoria, że może to nasze dokarmianie wcale nie jest aż takie roztropne i chwalebne, nieprawdaż. Jedno ze źródeł podaje co prawda, że kolibry w British Columbia aktywne są przez cały rok i w ogóle rokendrol.

Drugie z kolei utrzymuje, że od listopada w naturze jest coraz mniej napitku, toteż gościowie się gdzieś kitrają pod liściem i hibernują do wiosny. Wedle tej drugiej teorii, to niedobrze czynimy, gdyż zaburzamy naturalny rytm przyrody.

Jak ktoś się zna, niechaj się wypowie, dobra?

Nie chcielibyśmy bowiem strzelić takiego byka jak kilka lat temu, kiedy to, poniekąd za sprawą dokarmiania szopów, mieliśmy na rękach krew stu (niektórzy twierdzą, że nawet ze dwustu) czaplątek. O tym haniebnym procederze można przeczytać TUTAJ.

To na razie.

 

czosnek gate

- Dopinam w przyszłym tygodniu interes życia – oświadczył Miłoszek wczora z wieczora, odwiedziwszy nas z towarzyszeniem reklamówki – sztajmesówki wypełnionej płynami zdrowotnymi. – Wypijmy za przyszłość, gdyż niebawem będziemy multimiliarderami.

- Ja dziękuję – stanowczo oświadczyła Karaszanka, która do wszelkich form opilstwa ma stosunek wysoce niechętny.

- Ja też się wstrzymam – powiedziałem, choć nie jestem aż takim radykałem. Pokierował mną jednak chwilowo instynkt samozachowawczy.

- Boleję szczerze – stwierdził Miłoszek, po czym dobył butelki, przylał sobie i przemówił:

- Uwaga. Mam wieści przełomowe. Otóż nawiązałem współpracę z importerem czosnku.

- Super. To ja poproszę z pół kilo – wtrąciła się Karakaszanka. – Będzie aż do świąt.

- Dyletantko – żachnął się Miłoszek. – Zamilcz zanim skompromitujesz się do szczętu.

I korzystając z chwilowego osłupienia Karakaszanki kontynuował:

- 70 procent światowej produkcji czosnku to Chiny, nieprawdaż. No i nie wiedzieć kiedy, a cła przyjebali na ten czosnek jak za rodzoną matkę. I się z tego zrobiło dobrodziejstwo niczym ropa czy inny pluton. Doszło do tego, że lecą monstrualne dostawy czosnku pod przykrywką, że to jakaś cebula czy inna brukiew. A różnica w przebitce miliardkrotna. Stąd nie mogę odpalić transportów do Europy, ale wybrałem rozwiązanie pośrednie…

- Mogę ci coś przypomnieć? – wtrąciłem.

- Jeśli na temat – uprzejmie przystał Miłoszek, ale jakby nieco przybladł.

- Otóż w zeszłym roku pewien super zaufany informator i znawca rynków azjatyckich namawiał cię do inwestycji w kurczaki, tak?

- Ojej – burknął Miłoszek.

- …I potem prosiłeś mnie, bym ci pomógł zakontraktować w Polsce ile kurczaków? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy ton miesięcznie, dobrze pamiętam? A wiesz, że ja ciebie potraktowałem poważnie? Boś mi pierdolił za uszami, że to ma wyżywić pół Filipin, tak?

- Ty, ale na poważnie była taka gadka – zaperzył się Miłoszek. – Gościowie mówili, że oni wyłożą za ekspedycję, a ja mam załatwić podaż, bo Polska to niby taki mega producent mięsa…

- Ale wiesz, że planowałeś importować ĆWIERĆ MILIONA TON mięsa miesięcznie? Ogarniasz to?

- Weź się nie przypierdalaj, dobra? Obiecałeś mi pomóc, nie? – warknął Miłoszek.

- Bo się nie zastanawiałem, kurde – odparłem. – Nie policzyłem sobie tego. Dopiero mi potem zaprzyjaźniony marynarz oczy otworzył i uświadomił, że to by musiała zapierdalać tylko dla ciebie w tę i z powrotem cała flotylla. Pięć razy w tygodniu. A najlepiej siedem.

- Okej, wygłupiłem się – przyznał Miłoszek. – A ty też mogłeś mieć swój rozum i mnie jakoś przyhamować, nie? Taki jesteś przyjaciel? Ale nieważne. To jak, pomożecie mi z tym czosnkiem czy nie?

- Ja ci mogę pożyczyć parę reklamówek, bo mam pod zlewem spory zapas – wtrąciła Karakaszanka, jednak prawie natychmiast zamilkła, bo w Miłoszkowych oczach dało się dostrzec oznaki szaleństwa oraz jakby furii.

- Ale o co właściwie kaman? – spytałem rozbawiony.

- Słuchaj, nawiązałem kontakt z gościem, który sprowadza czosnek z Chin i mi go oferuje za 13 centów za funt – kontynuował Miłoszek. – I mam info, że w Ontario można to  na biegu pogonić za 45 centów, rozumiesz?

- Jakbyśmy tak przerzucili piętnaście tirów, to by wyszło po dwa tysiące dolarów – wtrąciła się Karakaszanka. – Minus transport to nam daje po jakieś dziewięć stów na głowę. Hmmm, kuszące.

- Naucz się liczyć, dziecinko. Poza tym ja nie mówię o detalu – kpiącym tonem odparł Miłoszek. – Stawiam na konkretne pierdolnięcie…

- Tak na wjazd proponuję dwieście pięćdziesiąt tysięcy ton… – nie wytrzymałem.

- Oboje jesteście beznadziejni – syknął Miłoszek. – Sabotażyści i defetyści. Ale nie ma sprawy. Możecie w to nie wchodzić, ale jeszcze gorzko zapłaczecie. Bo przy takim podejściu to będziecie do usranej śmierci klepać biedę i mieszkać w renatlu, ale ja nie zamierzam się na was oglądać i stać w miejscu…

- Chłopcze – warknąłem lekko już podenerwowany. – A od kiedy się z ciebie zrobił taki rekin biznesu, co?

- A ty jesteś już gruby jak Waldemar Kasta – wycedził Miłoszek, po czem chwycił kurtkę i wybiegł w mrok ulicy.

Takie to z nim interesy.

 

call of the Siouxs

Czas jakiś temu zarejestrowałem się w federalnym programie pod nazwą Career Builder. W związku z czym, okresowo przysyłają mi oni rozmaite propozycje pracy. Nie wiem, na czym budują skojarzenia mojej skromnej osoby z oferowanymi mi stanowiskami, w każdym razie otrzymałem m.in. zachętę do rozpoczęcia kariery jako ściągacz długów dla jednego z pomniejszych banków.

Ale to jeszcze nic, bo w zeszłym tygodniu zrobiło się nawet ciekawiej. Otóż, po przeanalizowaniu mojego dossier wraz z zamieszczonymi tam skillsami, informacjami o doświadczeniu zawodowym i tak dalej, zaproponowano mi pracę Meteorological Technician at Canadian Armed Forces. Zatkało mnie. A jeszcze bardziej mnie zatkało przy kolejnej ofercie wysłanej przez armię – Signals Officer.

Natomiast dziś z rana zapachniało Przygodą co się zowie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie poczułem północnego wiatru we włosach. A oczyma wyobraźni nie ujrzałem bezkresnej prerii, gdzie rosną tylko kolczaste opuncje. Zaś uszyma wyobraźni nie usłyszałem odległego tętentu dzikich koni… Ale do rzeczy.

Najnowsza oferta pracy nazywa się General Councelor at the First Nations Health Authority, ale to wszystko pryszcz, gdyż najważniejsza w tym wszystkim jest lokalizacja…

Sioux Lookout. Ontario. Teren zamieszkały aktualnie przez trzydzieści jeden plemion, z lekką jak gdyby dominacją Nishnawbe Aski Nation ( http://www.nan.on.ca ). Oni przynajmniej dostarczają lokalnych regulacji i stanowią superwajzing dla całego projektu.

Bardzo mnie ta historia zaaferowała, nieprawdaż. Bezzwłocznie wypełniłem więc aplikację, załączyłem załączniki, po czym drżącą ręką wysłałem wszystkie żądane dokumenty do stosownego Wodza. Nie sądzę, by odpowiedzieli. Raczej jestem skłonny uważać, że to podpucha, mająca na celu zbieranie danych osobowych. Bo powiedzmy sobie szczerze. Co ja mam wspólnego z takimi indianerskimi akcjami? Tyle samo co z drogimi samochodami. Czyli nic. Ale spróbować nie zawadzi.

Dla podgrzania atmosfery oraz zobrazowania grozy sytuacji prezentuję jeden z projektów medyczno – oświatowych, prowadzonych na terytorium plemienia Pikangikum przez Sioux Lookout First Nations Health Authority. Czyli mojego być może nowego pracodawcę. Ha.

Robi wrażenie.

 

„bity tłuste jak magda gessler łamią ci kark jak wrestler”, czyli… kuchenne rewolucje

Zarysowały się ostatnio między mną a Karakaszanką istotne różnice w spojrzeniu na kwestię smażenia. Ale tak to już jest, gdy się w jednym domostwie spotka dwóch mistrzów patelni. Którzy – abstrahując od kulinarnej wirtuozerii – są przy okazji buchającymi indywidualnościami jako takimi.

- Co ty wyprawiasz? – jęknąłem patrząc na Karakaszankę, która na lodowatym oleju układała zjawiskowe mielone mojego autorstwa, wypieszczone, wychuchane (i pełne najrozmaitszych moich tajnych ingrediencji), po spożyciu których publika zazwyczaj pada w orgazmicznym zachwycie…

- Chcesz sam smażyć? – zaczepnie spytała Karakaszanka.

- Ja pierdzielę, tak się tego nie robi, musisz podgrzać tłuszcz…  Kotlet ma latać po tej patelni, a nie przywierać  – nie przestawałem jęczeć, widząc jak mój zachwycający półprodukt zaczyna kopcić, dymić i zamieniać się w smolistą ciapę… - Ja jestem z innej szkoły…

- Wiem, z jakiej ty jesteś szkoły – przerwała mi Karakaszanka. – Punkt pierwszy: wrzucić na gorący tłuszcz. Punkt drugi: zapomnieć. Punkt trzeci: ratować…

Trzymajcie mnie.

 

o mój rozmarynie

Walka była słaba pod względem sportowym. Jeden gryzł i ciągnął z łokcia, drugi przytrzymywał i podobnież chciał nawet potraktować rywala z bani. Obaj się w ringu przegadywali, prowokowali i generalnie podkurwiali nawzajem.  Nie ma o czym rozprawiać.

Nadal lubię Zimnocha za spokój, skupienie, fair play i klasę.

Natomiast Binkowski urzeka mnie swoim naturszczykostwem, prostolinijnością i wiernością pewnym zasadom. Chociaż wątek mu się rwie i sporo jest ten, tego, rozumisz, to jednak pięknie koleś gada w sensie treściowym.
Prościuch z niego, co tu kryć, ale zmiażdżył mnie swoim spiczem końcowym. Może się na starość robię sentymentalny, ale chwyciło mnie coś za gardło, kiedy opowiadał o dziadziusiu, pójściu do kościoła, polskich wędlinkach, patriotyzmie i swojej mamusi, którą za rzadko widuje.

Pozytywna i krzepiąca z niego postać…

happy thanxgiving, muthafukaz

- Za co dziękujecie? – spytała Karakaszanka, wnosząc gigantycznego ptaka, którego wczoraj sprawialiśmy do czarnej nocy. To znaczy Karakaszanka sprawiała, a ja jej tylko dotrzymywałem towarzystwa, niespiesznie popijając niskozalkoholizowany napój energetyczny o smaku crispy apple.

- Może ty zacznij, żeby nas wprowadzić w nastrój – zasugerowałem.

- No więc, ja dziękuję za to, że Toronto Maple Leafs póki co mają najlepsze statystyki w Konferencji Wschodniej…

- I tak nie wiem, o co chodzi – mruknął Miłoszek. – A jeszcze za coś dziękujesz? Może w tematyce życiowo – bytowo – chodnikowej na przykład coś wymyślisz…

- No, dziękuję za to, że jesteśmy wszyscy zdrowi, że mamy pracę…

- Kto ma, ten ma – przerwał Miłoszek.

- … za to pyszne jedzenie dziękuję i tak w ogóle standardowo – dokończyła niezrażona Karakaszanka i wręczyła mi nóż, ażebym jako osobnik alfa pokroił ptaka.

- Ja z kolei dziękuję, że udało mi się przeżyć ten rok, a szczególne dwie ostatnie wizyty w Polsce… – zacząłem.

- Czy na pewno zamierzasz nam to opowiadać po raz kolejny? – szybko przerwała Karakaszanka. – Ja prywatnie znam te wszystkie wątki na pamięć i na samą myśl dostaję sraczki, bolaczki, gorączki tyfoidalnej i stanu przedzawałowego, więc jeśli chodzi o mnie, to możesz nie wchodzić w szczegóły.

- A ja bym posłuchał – ożywił się Miłoszek. – Bardzo lubię taki horror rap i opowieści o cierpieniu. Strasznie mi się podobały te jazdy, jak się tam ganialiście po nocach… I oczywiście te wizyty u szrinka. Poza tym Krampus pięknie opowiada, soczyście, kwieciście i za każdym razem w innej wersji, więc ja się zamieniam w słuch.

- Na szczęście nie ty tu decydujesz – ucięła Karakaszanka. – Toteż jeśli skończyłeś – zwróciła się z kolei do mnie – to przestań biadolić, rżnij ptaka i wpylamy.

- A ja? –zaprotestował Miłoszek. – Aż tak bardzo się nie liczę? Ja nie mogę za nic podziękować?

- Nie jęcz – przerwała mu Karakaszanka. – Dawaj, masz dwie minuty.

- No więc dziękuję za tego pięknego, czerwonego G-shocka – zaczął Miłoszek, podwijając rękaw i prezentując po raz setny swój nowy zegarek. Oraz dziękuję za smartfona, za najki i może jeszcze za czapeczkę Albuquerque Isotopes…

- A wiesz, że mnie nie rozczarowałeś głębią swoich podziękowań… – wtrąciła się Karakaszanka.

- Coś ci jeszcze zostało, czy wszystko rozjebałeś? – spytałem rzeczowo.

- Prawie – odparł Miłoszek słabym głosikiem.

Tu się Szanownym Czytelnikom należy garść wyjaśnień. Otóż Miłoszek zatrudnił się niedawno w sklepie wielobranżowym w charakterze szelfera, czyli rozkładacza towarów. Podobno wszystko było super pięknie, tylko współpracownicy – świnie i mu wciąż dokuczali oraz uprzykrzali życie. Tak czy inaczej, za sprawą Miłoszka trochę się tam wszyscy skonfliktowali. Podejrzewam, że jego niewyparzona morda oraz psychotyczne zagrania całej tej sytuacji nie pomagały. Po nierównej walce z oporem materii oraz pięciu tygodniach pracy w mocno niepełnym wymiarze godzin Miłoszek zwolnił się więc na własną prośbę, zarobiwszy zusammen do kupy siedemset sześćdziesiąt dolarów. Karakaskich, ale zawsze.

Instynkt samozachowawczy nakazywałby zakisić pieniądze, samemu zaś rzucić się w wir poszukiwań nowej roboty. Ale to nie Miłoszek przecież. On się rzucił w wir luksusowych zakupów, mających mu zrekompensować niewygody moralne powstałe na skutek utraty rzeczonej posady. Ale powróćmy do świątecznego stołu…

- Dobra, nie ma co rozwlekać – przemówił Miłoszek. – Dawaj tego kuraka i te konfitury, coś trzeba przetrącić… A w ogóle to indyk lubi pływać – ożywił się, sięgając do plecaka, skąd dobył trzylitrowy bukłak przedniego wina stołowego Carlo Rossi. – Nie piję co prawda takich sikaczy, ale przy święcie się przemęczę…

Czyli wszystko w normie.

 

wanted… experienced figure drawing model

- Wiesz, co zrobić, żeby ci obce baby przysyłały gołe zdjęcia? – spytała mnie dziś rano Karakaszanka. – Jak nie wiesz, to poczytaj. I mi zaprezentowała anons następujący:

Looking for a female figure model for drawing school (North Vancouver)

The Bridge Art & Design is looking for an experienced figure drawing model in art classes.
It is academic human body drawing class for 5-10 number students.

Classes are total 3 hours which consist of many shorts poses (2-5min) and few long poses (30-60min), and there is 2-3 times break in total of around 30 minutes during the class.

We need a female model every Friday 12pm-3pm (3 classes) in North-van Studio and 4pm-7pm (3 classes) in Coquitlam Studio. You can have both session if you want, and we will give you ride to North-van to Coquitlam studio. Please notice possible DATE and LOCATION you can model.

We offer $100 for the each 1 hour class, and we can offer one other class if you want.

When you apply the position, please notify us your gender, age, race, height, weight and
your FACE PHOTO and BODY PHOTO. Body shot nude is required.

Thank you.

You’re welcome.