darmowy hosting obrazków

I'm just stardog-champion
::księga gości::

2012
marzec
luty
styczeń
2011
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
gina to fajna dziewczyna

Jak się właśnie dowiedziałem, moja najnowsza narzeczona, Gina Carano wystąpiła w długometrażowym filmie bandycko - napadalskim zatytułowanym Haywire. Gdzie oczywiście jest największą gwiazdą, co twórcom nie przeszkodziło w zatrudnieniu jeszcze kilku pomniejszych artystów w rodzaju Ewana McGregora, Michaela Douglasa czy Antonio Banderasa. 

Kim jest Gina Carano, to oczywiście Szanowni Czytelnicy doskonale wiedzą, ale tak dla porządku przypomnę. Niepokonana w stu osiemnastu walkach, czołowa fajterka boksu tajskiego oraz MMA. Wtopiła tylko raz, w starciu z Cristiane "Cyborg" Santos. Ale, jak wieść gminna niesie, Cyborg była wtedy na dopalaczach, a poza tym, to chyba jest facet. Więc się nie liczy.

Nie zmienia to faktu, że boleśnie przeżyłem wspomnianą walkę, która była dość krótkim kaszlem, jako że Gina poszła na dechy w ostatniej sekundzie pierwszej rundy. I nie powstała. Nie było zresztą po co się dźwigać, bo sędzia ogłosił w międzyczasie nokaut techniczny. Cokolwiek to znaczy.

Wkrótce się okazało, że poza ringiem Gina również radzi sobie znakomicie. Tak zaczęła się jej wielka kariera filmowo - telewizyjna, nieprawdaż. 
Haywire to podobnież dzieło wielkie i doniosłe, zarówno pod względem dramaturgicznym, jak i w kwestii fajnego kopania. Toteż czekam na projekcję, jakby to ujął My Loving Uncle*, z zapartym stolcem. 

Tyle.



* Ten sam, który swego czasu zasłynał z niezawodnej metody ustalania płci szczeniaka. Był to jego sztandarowy numer imieninowo - balangowy. Ale do rzeczy. Wujek, który był zootechnikiem (zoofilem, jak przekornie mawiali niektórzy), miał na okoliczność spotkań towarzyskich przygotowany świetny gag. I kiedy ktokolwiek zaczynał snuć rozważania na temat kłopotów z rozpoznaniem płci czworonogów, Wujek delikatnie wtrącał się do rozmowy i z miną znawcy oraz powagą autorytetu, mawiał:
- W przypadku psów sprawa jest prosta - płeć rozpoznaje się po szczekaniu. Jeśli szczeniak będzie szczekał, to jest pies. Jeśli szczekała - to niezawodnie suczka.





2012-03-20 20:08:55 skomentuj (13)
a6w

Ażeby przed nastaniem wiosny przybrać jako takie ludzkie kształty, sięgnąłem po rewelacyjny i podobnież sprawdzony środek w postaci Aerobicznej Szóstki Weidera. Bardzo ładne ćwiczenie, które już po kilku chwilach pozostawia zawodnika bez ducha, za to z nadzieją na lepsze jutro. Co prawda, mój wielki autorytet w tej dziedzinie, czyli Hardkorowy Koksu, obśmiał ten zestaw, ale się nie zrażam.

Problem z Aerobiczną Szóstką Weidera polega na tym, że niewielu ją kończy. Ja też się powoli łamię, ale w sumie to nie dziwota, bo trudno skończyć coś, co trwa półtora miesiąca i z każdym dniem wymaga od zawodnika coraz większego zapierniczu. Początek rozumiem – jedna seryjka dziennie, po dwadzieścia parę fiknięć. Ale w drugim tygodniu tych serii jest już osiemset, a w każdej po milion wymachów. Że nie wspomnę o tygodniu ostatnim, kiedy to trzeba wykonać pentylion serii, z miliardem rowerków i innych ćwiczeń w każdym secie.

Z drugiej strony, bardzo miło się to ćwiczy, a uczucie całkowitego wypompowania (tak na granicy pęknięcia gałek ocznych) jest doprawdy bezcenne. Ja tam po każdej porcji ćwiczeń z Szóstką natychmiast przekatulkuję się do basenu. I słusznie czynię, bo na nogach i tak bym się nie utrzymał.

Rekapitulując – jeszcze mi do końca daleko, ale w sumie to bardzo mi się podoba.

Nie zna się ten Koksu.  



2012-03-12 20:18:14 skomentuj (23)
na tyłach wroga

Źle ostatnio sypiam.
Zeszłej nocy nie było inaczej.
Próbowałem tego i owego, lecz sen nie przychodził.
Zasiadłem więc przed ekranem i zrobiłem sobie mały maraton ze Sceną Faktu.
Najpierw przemłóciłem Tajnego Współpracownika.
I potem jeszcze, na deser Rozmowy z katem.
Zmorzyło mnie tak kole czwartej.

Nieźle się potem filmowało.
Miałem mianowicie w charakterze żony taką kobitę, która w oczy to tak picu picu. A tymczasem, wespół ze swoim oficerem prowadzącym zastawiła na mnie pułapkę. Ale się wymknąłem i potem w nieskończoność przedzierałem przez bory, lasy, łąki i ruczaje. Nocowałem w starych młynach, opustoszałych stodołach albo u ludzi z naszej organizacji.
I się bez przerwy ostrzeliwałem ze szmajsera.
Nie wiem, skąd ja wziąłem tyle magazynków...

W nielicznych wolnych chwilach nasz, coraz bardziej zdziesiątkowany oddział leżał sobie na polance.
Jedni czyścili bronie.
Inni grali na harmonii.
Reszta jadła konserwy nożem.

Potem, za sprawą tej mojej żony znowu nas otoczyli.
Wywiązała się strzelanina.
Oddział poszedł w rozsypkę.
Ja zaś przedarłem się do miasta.
I nafaszerowałem sukę ołowiem.

Piękna sprawa.
Muszę sobie znów na wieczór zarzucić jakiś spektakl.

Albo, dla pewności dwa.




2012-02-23 20:44:12 skomentuj (13)
opowieści z krypty

Przedwczora z wieczora Miłoszek wywalił nam najgrubszy numer w swojej karierze. Taki że się chowają nawet jego najbardziej sławetne dotychczasowe dokonania.
Kiedy to na przykład paliły mu się ręce.
Albo kiedy golutki jeździł po mieście taksówką.
Albo kiedy chodził na bitwy.
To wszystko była słabizna, nuda i chała.
Ale do rzeczy.

W piątkowe popołudnie Miłoszek wydzwonił nas i grzecznie spytał, jakie mamy plany na wieczór.
A jakie my możemy mieć plany na wieczór?
Normalne.
Czyli domówka plus to, to i to.

Więc się Miłoszek spytał, czy się może przyłączyć.
A gdyśmy mu, nie do końca szczerze, odpowiedzieli, że oczywiście, to się zjawił w ciągu dwóch minut.
Widocznie dzwonił sprzed bloku.
Albo z lobby.
Mniejsza.

- Kogoś się jeszcze mamy spodziewać? - spytała Karakaszanka, kiedy Miłoszek przystąpił do wypakowywania przyniesionych dóbr konsumpcyjnych. - Czy ja o czymś nie wiem?
- Weź wrzuć na luz - odparł Miłoszek. - Czy wy macie po dwanaście lat? Nikt was zmuszał nie będzie. Róbcie sobie, co tam mieliście robić, a ja tu sobie coś cichutko wygulam i git majonez.
- Jesteś pewny, że fireballa, dżeka i strong browary powinno się pić w trakcie jednego posiedzenia? - spytałem z troską.
- Mam jeszcze substancje psychoaktywne - odparł Miłoszek z bezczelnym uśmiechem.
- A rób co chcesz, jełopie - zdenerwowała się Karakaszanka, która pijactwa nie znosi organicznie.
- To dzięki - zakończył dyskusję Miłoszek i udał się do kuchni.
Dokąd kursował jeszcze tego wieczoru niejednokrotnie.

Mniej więcej w połowie libacji usłuszeliśmy szalenie żarliwy i entuzjastyczny wykład na temat zmiany charakteru stosunków gospodarczych pomiędzy Kanadą i Chinami. Który to spicz, nie wiedzieć kiedy przeniósł się w okolice polityki finansowej Polski, z uwzględnieniem drastycznych zmian w strukturze PKB. W dalszej części prelekcji powróciliśmy na kontynent amerykański, by się dowiedzieć, że za ograniczeniami w wymianie międzynarodowej w ramach polityki protekcyjnej zdecydowanie najbardziej przemawiają wymagania bilansu płatniczego... 
- Co on brał? - spytała mnie na ucho Karakaszanka.
- Wydurnia się - uciąłem.

Ale Miłoszek się niestety nie wydurniał.
Tylko z wolna osiągał już odmienne stany świadomości.
Ale to nie był koniec.
Bo się ten frędzel w pewnej chwili spytał, czy może się u nas wykąpać, gdyż odczuwa taka potrzebę.
Więc mu Karakaszanka odparła, że jeśli nie zasyfi wanny to spoko.
- To dzięki - skwitował Miłoszek i się oddalił.

Jakiś czas potem organoleptycznie ustaliliśmy, że w naszej łazience odchodzi chyba konsumpcja wspomnianych wcześniej substancji psychoaktywnych.
Tak też w istocie było.

Po mojej delikatnej interwencji, w drzwiach tualety zmaterializował się lekko zielonkawy Miłoszek.
Który stwierdził, że trochę mu słabo.
Bo mu chyba zaszkodziła gorąca kąpiel.
W związku z czym on się na chwilę położy.
Co uczynił.

Już się mieliśmy zabrać za oglądanie zaległych Star Treków, kiedy Karakaszankę naszło nieodparte przeczucie.
Udała się więc do sypialni, skąd powróciła w podskokach, informując mnie, że z Miłoszkiem coś jest nie tak.
Gdyż wydaje się on trochę jakby chłodnawy.
I zdecydowanie inkomjunikado.

Nie przesadziła Karakaszanka ani trochę.
Komisyjnie stwierdziliśmy, że raczej jesteśmy w dupie.
Bo ten debil niechybnie w kliniczną popadł śmierć.
I leżał bielutki jak ściana. 
Oraz bez akcji oddechowej.
A jeśli już to ze słabiusieńką.
I takimż pulsem.
Ja przynajmniej nie wyczuwałem.

Zaczęliśmy go więc masować, poszturchiwać i na rozmaite sposoby stymulować.
Początkowo bez rezultatu.
Ale potem tak trochę jakby zaczął dychać.
I nawet odzyskał kolory.
Oraz coś wymamrotał o Armagedonie.
Ale cośmy się najedli strachu to nasze.

W stanie hibernacji przebywał Miłoszek do godziny dziesiątej rano dnia następnego.
Kiedy to z martwych powstał.
I zmaterializował się w salonie.

- Co się tak patrzycie, jakbym wam kogoś z rodziny harmonią zabił? - przywitał się z nami, najwyraźniej nieświadomy grozy sytuacji.
- Cię, kurwa, kiedyś zatłukę - odpowiedziała Karakaszanka. - Ale teraz napij się jakiejś herbaty, bo jesteś przeźroczysty...
- To dzięki - odparł Miłoszek i oddalił się w stronę kuchni, skąd po chwili wrócił z moim ulubionym kubeczkiem w dłoni.
Przemilczałem.
Zdezynfekuje się i po problemie.

Po pierwszym łyku płynu reanimacyjnego na twarzy Miłoszka odmalowała się dziwna trwoga pomieszana z niezrozumieniem oraz bezbrzeżnym zaskoczeniem.
- Niedobra herbatka? - zaniepokoiłem się. - Za mocna?

Miłoszek nic nie odrzekł tylko porzucił kubeczek i pokłusował do łazienki, skąd po chwili dobiegła nas ścieżka dźwiękowa z filmu Godzilla kontra Hedora.
Ja nie mam słów, którymi bym mógł opisać, co to był za stan.
To nie była niestrawność.
Ani nudności.
Ani nawet rzyganie.
To była jakaś erupcja.

Czytałem niedawno taką dziwnawą książkę zatytułowaną Breslau Forever. Występującym w niej postaciom zdarzało się bezprzyczynowo eksplodować w miejscach poniekąd publicznych.
Nie wiem, jakie było ostatecznie wyjaśnienie tej zagadki, bo trochę się tam przy końcu zamieszało.
Że niby alergia, albo jakaś reakcja chemiczna.
W sumie to do końca nie ogarnąłem, o co tam chodziło.
Ale nieważne.

W każdym razie, po tej herbacie Miłoszek też eksplodował.
Jakby mu w brzuchu, z przeproszeniem, pierdolnął granat zaczepny RG-42.
Straszna sprawa.

Rwało go tak ze czterdzieści minut najmarniej.
Po czym chyba pokonał opór materii, gdyż o własnych siłach wyszedł z łazienki. Po czym zasiadł na kanapie i przez parę minut toczył dookoła siebie zbolałym i nieprzytomnym wzrokiem.
Po czym oznajmił, że chyba jest głodny.

Gdy nikt nie zareagował, Miłoszek udał się do kuchni.
Skąd przyniósł sobie miskę zupy grzybowej.
- Oj, będzie się zaraz działo - powiedziała Karakaszanka. - Dobrze, że przy basenie też jest toaleta, bo tu się zaraz rozpocznie oblężenie Twierdzy Modlin. 
- Na milion procent - potwierdziłem.

Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Miłoszek zjadł, podziękował i stwierdził, że na niego już pora.
Bo ma parę spraw na mieście.

Jakie dwie godziny później zadzwonił i spytał, czy przy sobocie może do nas wpaść z jakimś piwkiem.

Witki mi opadły.




2012-02-19 04:29:05 skomentuj (15)
shadow of the season

Podobnież Valentine's Day to nieprzekraczalny termin rozebrania choinki. Zmobilizowaliśmy się więc z samego rańca i załatwiliśmy sprawę jak trza. Po cudownym czasie Bożego Narodzenia pozostały tylko malowidła okienne. Których w swoim czasie wykonałem około trzech tysięcy kilometrów kwadratowych. Dookoła mieszkania.
No, panorama racławicka.

Część owoców mojej radosnej twórczości udało nam się usunąć. Tę wykonaną temperami. Niestety, we wczesnej fazie prac wykorzystałem farby niewiadomego pochodzenia.
Wtedy niewiadomego.

Dokładna lektura etykietek pozwoliła dziś na ustalenie, że były to żele do tkanin. Z brokatem. Wszystko się zgadza. Ze cztery roki temu miałem fazę na robienie koszulek. Wtedy to nabyłem zestaw dwunastokolorowy...  
Problem polega na tym, że z szyb jest to substancja kompletnie nieusuwalna. Skuć chyba trzeba przecinakiem.
Albo szpachelką tak zryrać.

I teraz przechodzimy płynnie do kolejnej pory oraz kolejnego wątku. Bo do tych moich malowideł zaczęły przylatywać kolibry, nieprawdaż. Znakiem tego zaczął się sezon.

A tak się składa, że przypadkiem posiadamy wspaniałą instalację służącą do tworzenia kolibrowej farmy.
Na instalację składają się:
- parka piździelczo kolorowych motyli na druciku, wyposażona w ruchome skrzydełka na sprężynkach,
- bukiet żółtych kwiatów z tkanino - plastiku,
- piździelczo - czerwono - różowo - złote poidełko,
- skryjówa,
- zawieszka.

Likwidacja choinki połączona z symultaniczną instalacją farmy mają wymiar symboliczny i wyznaczają wejście w nowy cykl przyrodniczy. Więc nie ma to tamto. Trwają właśnie ożywione dyskusje nad pozostawieniem tej trudnej do usunięcia części mojej twórczości aż do przyszłych świąt. Po pierwsze, bardzo nam się te motywy* podobają. Po drugie, stanowić mogą dodatkowy wabik dla ptactwa.

Jeszcze obadamy.




* Motyw pierwszy, uwieczniony na drzwiach balkonowych to imponująca zaspa śniegowa, a nad nią piękny rajski kwiat w rozkwicie. 
Motyw drugi, tak bardziej w okolicach salonu to kombinacja złotego dzwoniora, wielobarwnych bombek oraz przyprószonych białym puchem liści ostrokrzewu. 
Motyw trzeci to z kolei lekko schizofreniczna, tribalnie pokręcona choinka w tonacji bahama yellow oraz crazy pink. Ornament ostatni wykonany został - jak się okazuje - jeszcze inną farbą, zdecydowanie przeciwczołgową. Zero reakcji na gorącą wodę, rozpuszczalnik, mega windex cleaner i szesnaście innych specyfików. 
Za jego pozostawieniem na szybie przemawia jednak dodatkowy, poważny argument o charakterze strategicznym. A mianowicie, to w okolicach żółto - różowej choineczki obserwowano dotąd największe skupiska kolibrów...




2012-02-14 20:31:24 skomentuj (10)
patrioci przegrali, ale cośmy się nakibicowali to nasze

Super Puchar to jest podobnież wielkie wydarzenie w życiu Ameryki. I nam się również udzieliła ta szczególna aura święta. A tak w kwestii formalnej, to na udeptanej ziemi spotkali się New York Giants oraz New England Patriots.

Ja oraz Karakaszanka kibicowaliśmy Patriotom. Z prostej przyczyny, a mianowicie na złość temu frędzlowi, który przyszedł do nas w prawie kompletnym stroju Gigantów. Gdyby to się działo w Polsce,  to by go po drodze sklepali kibice Zagłębia Lubin i byłby spokój. A tak, to doszedł cały i znów nam grał na nerwach. Nieważne.

Karakaszanka zadbała o szeroki wachlarz futbolowych zakąsek, podczas gdy ja z Miłoszkiem odpowiedzialni byliśmy za aprowizację w temacie płynów zdrowotnych. Zdecydowanie niezbędnych ze względu na wyjątkowo gorącą atmosferę spotkania. 

Nasi przegrali. Ale nie uprzedzajmy faktów. Najbardziej ujęli mnie swoją grą Gronkowski i Gostkowski. Oraz poniekąd Chojnowski. Chociaż grał we wrogiej formacji. I może jeszcze Hernandez. Który jest moim najnowszym narzeczonym. Narzeczeństwo to dzielę zresztą z Madonną, która też się chyba kocha w Aaronie. Bo mu zadedykowała swój występ w przerwie meczu. Ale do rzeczy.

Miłoszek odpadł w pierwszej kwarcie. Chyba coś musiał wychlać przed przybyciem w nasze progi, bo podczas trzeciej puszki dżeka z kolą niespodziewanie zaczął tracić przyczepność oraz jakiekolwiek zainteresowanie meczem. Po czym już na dobre przeszedł w Wymiar Delta. A wiele stracił, bo chłopacy walczyli do końca jak lwy.

Decydującą banię Giantsi wrypali nam na 57 sekund przed końcem. Manning podał do Bradshawa, któren zrobił ładny touchdown. Podobnież niechcący. Ale jak to niechcący? To już by się nie przyznawał, że to był fuks, skoro dzięki temu dokopali naszym. Nigdy nie zrozumiem tej pięknej gry. Chociaż Karakaszanka twierdzi, że jak na pierwszy mecz w życiu, to i tak sporo skumałem.

I w sumie to prawie wygraliśmy. Bo Brady wyprowadził na koniec piękny 51-jardowy rzut i w ostatniej sekundzie Gronkowski o mało co go nie chycił i nie zrobił przyłożenia. Ale niestety piłka mu się wymsknęła. I zostało dwadzieścia jeden do siedemnastu.

Natomiast wracając do Madonny, to nawaliła. Bo nie zrobiła żadnego skandalu, nic nie pokazała i tak dalej. A taka jest już nowa, świecka tradycja, że podczas połowinkowego recitalu powinno się zdarzyć coś fajnego. Co pozwoli mediom żywić się aż do następnego Superbołla.

Tak tylko z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że swego czasu, w analogicznych okolicznościach przyrody, Justin Timberlake pociągnął Janet Jackson za bluzkę. Co skutkowało częściową golizną. A w tym roku lipa. Tylko raz by się Madonna prawie wywaliła podczas manewru tanecznego na takiej jakby stadionowej ławeczce.

Ale prawie, to się nie liczy.

 


2012-02-07 00:57:13 skomentuj (5)
pirates ye be warned

...czyli list otwarty do Kolegi Zbigniewa Hołdysa, gorącego orędownika ACTA oraz nieustraszonego pogromcy piratów...

Szanowny Kolego Artysto Zbigniewie Hołdysie,

Dziękuję Wam za zrozumienie problemu i stanięcie, nieprawdaż, w obronie bezczelnie okradanych Kolegów Artystów. Ja, rozumicie, jako publicysta doskonale rozumiem Waszą retorykę i sposób myślenia. Pozwólcie więc, że z tego miejsca wirytualnie uścisnę Waszą, że tak powiem, prawicę. Ale do rzeczy.

Podobnie jak Wy, Kolego Artysto, tak i ja z całą, rozumicie, stanowczością domagam się regulacji zagadnień formalno – prawnych, dotyczących naszej pracy oraz do jej owoców dostępu. Złodziejstwu, bezkarnemu żonglowaniu naszymi wartościami, rozumicie, intelektualnymi powiedzmy twarde i zdecydowane NIE. Niech rzesze leniwych, idących na łatwiznę internautów nie karmią się tworami naszej ciężkiej i znojnej pracy twórczej. 

Ja prywatnie, do tego stopnia jestem entuzjastą oraz, że tak powiem, zwolennikiem projektów typu SOPA, PIPA i ACTA, iż natychmiast po wprowadzeniu w życie rzeczonych, pragnę ochotniczo oraz nieodpłatnie włączyć się w żarliwe egzekwowanie ich postanowień. Zdecydowanie wnioskował będę o powołanie stosownych gremiów, instytucji kontrolnych oraz narzędzi wykonawczych, które pozwoliłyby na drobiazgową, nieprawdaż, kontrolę wszystkich, powtarzam wszystkich podmiotów naszego społeczeństwa w celu zapobieżenia dalszemu pogwałcaniu naszych dóbr osobistych oraz przywłaszczaniu wartości intelektualnych. 

Mam nadzieję w rzeczonych gremiach oraz aparatach się znaleźć, by swoją wytężoną pracą, rozumicie, rychło osiągnąć nasz wspólny artystyczny oraz obywatelski cel.

Pozwólcie, Kolego Artysto, że niniejszym zapoznam Was (oraz innych Kolegów Artystów, jak również Szanownych Czytelników) z kilkoma moimi nieśmiałymi pomysłami na jak najbardziej rychłe zaprowadzenie właściwych porządków w tym zabałaganionym świecie pełnym nieprawości, wytrychów oraz narzędzi pozwalających nierobom i wrogom słusznych oraz rozumnych zasad na nieuprawnione korzystanie z, że tak powiem płodów oraz efektów naszej artystycznej rywalizacji, oraz nie bójmy się tego sformułowania, twórczego znoju.

Po pierwsze. Wy kolego jesteście uprzejmi udzielać się w rozmaitych mediach. Zapraszani jesteście, nieprawdaż do rozmaitych publicznych debat oraz audycji. Piszecie ponadto bardzo interesujące i jakże potrzebne naszemu społeczeństwu referaty, publikowane później w rozmaitych periodykach. Pozwólcie że na przyszłość poprosimy Was, ażebyście treść swoich wszelkich wystąpień konsultowali uprzednio z nami, potem zaś, podczas samej prezentacji trzymali się ustalonej z nami linii oraz zawartości treściowej. Pragnęlibyśmy tym samym mieć pewność, że podczas Waszych wystąpień nie zostaną naruszone dobra oraz wartości intelektualne stworzone przez innych Kolegów Artystów.

Po drugie. Nie jest nam póki co znana specyfika działalności Waszego klubu Chwila, ale pozwolicie, że w najbliższym czasie zapoznamy się dokładnie z metodami oraz mechanizmami jego działania. Jak rozumiem, jako zwolennik nowych ustaw oraz projektów typu SOPA, PIPA oraz ACTA, nie będziecie utrudniali naszym funkcjonariuszom czynności operacyjnych, zmierzających, ma się rozumieć, wyłącznie do ustalenia, czy podczas działań prowadzonych w lokalu Chwila, nie naruszacie, nieprawdaż, wspomnianych wcześniej dóbr i wartości, należących prawnie do innych Kolegów Muzyków, Filmowców oraz Publicystów.

Jeśli zatem prezentujecie z urządzeń odtwarzających jakiekolwiek utwory muzyczne tudzież wizualne, pragnęlibyśmy uzyskać pewność, że z Kolegami Artystami, będącymi autorami rzeczonych produkcji, dokonaliście stosownego rozliczenia. W tym celu będziemy Was prosić abyście byli uprzejmi prezentować odpowiednim instytucjom listy utworów przewidzianych przez Was do zaprezentowania publicznego w Klubie Chwila. 

Jak rozumiemy, w swojej działalności używacie, Kolego, urządzeń komputerowych oraz sieci internetowej. Nie będziecie zatem mieli nic naprzeciwko, ażebyśmy z pewną powtarzalnością mieli sposobność kontrolowania zawartości Waszych komputerów, w celu upewnienia się, że nie zostały naruszone interesy Kolegów Autorów Oprogramowania Komputerowego. 

Wyrażam nadzieję, że nie uznacie tego, Kolego, za naruszenie Waszej prywatności tudzież swobód obywatelskich.

Jesteście ponadto, Kolego Artysto Hołdys, uprzejmi zamieszczać w sieci internetowej tak zwane linki do produkcji innych Kolegów Muzyków oraz Publicystów. Chcielibyśmy uzyskać pewność, że wspomnieni Artyści nie uznają tego za naruszenie ich praw, których ochronę pragniemy zagwarantować za pomocą ustaw oraz projektów typu SOPA, PIPA oraz ACTA, nieprawdaż. 

Będziemy tedy prosić Was, Kolego, abyście przed każdym umieszczeniem w sieci internetowej linka prowadzącego do owoców pracy innego Kolegi Artysty uzyskali od niego stosowne zezwolenie w formie pisemnej, jak również dowód stosownego rozliczenia się z nim finansowego. Będziemy ponadto prosić Was o okresowe zestawienia wspomnianych zezwoleń oraz poświadczeń, co ułatwi nam kontrolowanie zgodności prezentowanych przez Was publikacji z wolą innych Kolegów Autorów.

Co się tyczy serwisu You Tube, to z naszych ustaleń wynika, iż nader często ukazują się tam krótkie produkcje audiowizualne, będące ponad wszelką wątpliwość zdecydowaną formą promocji Waszej twórczości, nieprawdaż. Będziemy zatem prosić Was abyście w związku z każdą taką publikacją wnosili stosowną opłatę, co z kolei pozwoli na wypłacanie odpowiednich gratyfikacji finansowych Kolegom Administratorom oraz innych funkcjonariuszom dbającym o porządek i prawidłowe działanie wspomnianego serwisu You Tube. 

Na koniec pragnąłbym zaznajomić Was z projektem nowelizacji zasad funkcjonowania serwisu Facebook. Pozwólcie że zarysuję je na Waszym przykładzie. Otóż zauważyliśmy, nieprawdaż, że oprócz materiałów o charakterze prywatnym, jesteście uprzejmi zamieszczać w ramach serwisu Facebook treści stanowiące formę promocji Waszej działalności artystyczno – komercyjnej. Pragnęlibyśmy, abyście przyszłościowo wnosili przed każdą taką publikacją stosowną opłatę, która pozwoli na należyte, że tak powiem kompensowanie starań oraz wysiłków Kolegów Administratorów oraz personelu pomocniczego serwisu Facebook.

Mam nadzieję, że odniesiecie się do naszych regulacji ze zrozumieniem. 

Pozwólcie że na koniec raz jeszcze podziękuję Wam i zdecydowanie zgodzę się z prezentowanymi przez Was poglądami. Nie demonizujmy tej jakże wyświechtanej wolności mediów. 
Nie potrzeba nam takiej wolności, która pozwala na rozwój bandytyzmu i złodziejstwa. Mówimy NIE wolności, która umożliwia bezkarne wyciąganie ręki po tworzone przez nas na drodze jakże wielu wyrzeczeń dobra i płody intelektualne. Nie zależy nam na dalszym popieraniu takich praktyk i słusznie uczyniliście, porównując wymianę plików medialnych do pedofilii i innych ohydnych przestępstw seksualnych. Nie ma bowiem przestępstw mniejszych oraz większych, tak jak nie ma prawdy całkowitej i częściowej. Jest białe albo czarne

I nas takie dalsze promowanie naszego dorobku nie interesuje. I nas interesy oraz uczucia tak zwanych fanów oraz innych miłośników, z przeproszeniem guzik obchodzą, jeżeli przy okazji mają zostać naruszone nasze dobre osobiste i uszczuplone należne nam wynagrodzenia. 

Tym samym raz jeszcze pozwalam sobie wyrazić nadzieję, że zadbacie Kolego o stosowną działalność sprawozdawczą i zechcecie konsultować ze stosownymi organami zarówno swoje działania związane z funkcjonowaniem Klubu Chwila, jak również treść Waszych wystąpień medialnych jak i wszelkich publikacji dokonywanych w sieci internetowej. Rozumiecie chyba, że nie są to już Wasze prywatne sprawy i poglądy, a skoro wspólnie mamy stanowczo przeciwstawić się fali złodziejstwa, gwałtu i niegodziwości, jest to chyba dla Was oczywiste, że wszelkie formy upubliczniania Waszego wizerunku muszą być uprzednio poddane stosownej konsultacji.

Zdecydowanie nie zgadzamy się z określaniem Was jako Artysty Reżimowego, który to pogląd skłonni są rozpowszechniać przeciwnicy naszej sprawy. Wy po prostu słusznie rozumiecie, że pewne formy kontroli oraz urzędowej ingerencji niezbędne są w celu prawidłowego funkcjonowania naszego społeczeństwa jako całości oraz poszczególnych jego jednostek.

I za to zrozumienie z tego miejsca pragnę Wam podziękować, jak również życzyć w Nowym Roku wielu sukcesów oraz powodów do satysfakcji, zarówno w życiu prywatnym, jak i na niwie artystyczno – zawodowej. 

Łączę wyrazy szacunku

(podpis nieczytelny)




2012-01-29 04:26:38 skomentuj (20)
bede grał w gre...

W Polszcze już świta.
Ale u nas młoda jeszcze godzina.
Po dwudziestej.

Wysprzątawszy uprzednio apartament i zgromadziwszy niezbędne wiktuały oraz płyny zdrowotne, okopaliśmy się właśnie w salonie i spędzamy pięknego Sylwestra.

Karakaszanka młóci Star Treka Next Generation.
I wyżera moje cukierki.
Com je dostał od Gwiazdorka.

Miłoszek siedzi w swoim lapku i ogląda Głęboką Wodę.
Odcinek czwarty bodajże.
Malowniczo pijany, tak na pierwszy rzut oka.
Ale łagodny, cichy i piękny jak wiosna.

A ja sobie formatuję dysk.
A na drugim kompie obrabiam fotki.
Bom dostał od Mikołaja nową aparaturę.
I właśnie dokonałem zrzutki owoców pierwszej, nadoceanicznej sesji zdjęciowej.

Huczne imprezy o charakterze tanecznym są przereklamowane.
Imprezę to my tu mamy codziennie.
Taką że niechaj się karnawał w rijo schowa.
Toteż dziś na sportowo.
Rekreacyjnie.
W kroksach i piżamowych spodniach.

Dziękówa, Drugare za wszystko.
Nie przemęczałem się, co prawda, w mijającym roku w tematyce pisarstwa blogowego.
Ale też nie stałem w miejscu, nieprawdaż.
Parę książczyn się nieuchronnie smaży.
I pewnie w swoim czasie ujrzą one wreszcie światło dzienne.
Tak nam dopomóż Manitou.

Fajnie żeście mimo wszystko trwali na stanowiskach.
I byli nieopodal.
A jeśli nawet nie, to też niewielki kram.
Kto trwał, ten wie.
A kto się spłoszył i sobie poszedł, to wydupaka.
Jak mawiał klasyk Adam Pank.

Stary rok zaczął się jak gdyby trochę chujowawo.
I niebezpiecznie oraz wywrotnie nad wyraz.
Bom pięć miesiący z okładem przepędził w Ojczyźnie.
Co było doświadczeniem dobrym i owocnym, ale nie beznadziejnym.

Karakaszance los dolę zgotował równie nieletką.
Bo się tu w Vansterdamie solowo mierzyła z oporem materii.
Ale zrobiła robotę, odegnawszy wszelkie przeciwności, z przeproszeniem, w pizdu.

Miłoszek także trochę fisiował w międzyczasie.
Ale potem, wespół w zespół wynurzylim się z szamba.
Po czym na powrót zwarliśmy szyki.
I gdyby nie dementorzy, to druga połowinka roku malowałaby się całkiem znośnie.

Tyle na podsumowanie.
Tym bardziej że mi niespodzianie oko zawilgło pod okularem.
Bo nie za dobrze znoszę ja mowy okolicznościowe.
Niech Moc będzie z Wami, Przyjaciele.
Damy radę.
Na pohybel.
Czarnym, czerwonym i całej reszcie.

Wszystko.




2012-01-01 05:05:49 skomentuj (15)
na trzy

Powiem szczerze.
Znudziło mnie to bieganie.
Tym bardziej, że nadeszła pora deszczowa.
Oraz arktyczne chłody.
Poza tym od biegania bolą nogi.

Uprawiam więc triathlon.
Czyli kółko na rowerze wokół parku.
Potem buch do basenu.
Dwadzieścia minut młócki.
I buch do sauny.

Gdzie, dla odmiany, uprawiam biegi w miejscu.
Bardzo wydajne.
Tym bardziej że sauna ustawiona na top heat.
I na koniec jeszcze raz buch do basenu.
Piękna sprawa.

Ale trochę nudna.



P.S. Karakaszanka rzuca mi kłody pod nogi.
Bo ja tu trwam dzielnie przy zupie kapuścianej.
Oraz szaszłykach marchwiowo - selerowo - brukwiowych.
I w ogóle reżim jak nie powiem co.

A ona mi tu przedwczoraj wyskakuje z ośmiopakiem pączków budyniowych z cukrem.
Albo ciastkami wielkości młyńskiego koła.
Z czekoladą i posypką orzechową.

Jak żyć?




2011-11-22 17:44:50 skomentuj (8)
run, motherfucker, run

Nie żebym zażerał kłopoty, tudzież troski. Absolutnie i w żadnym wypadku. Ale niechcący odkryłem, że gdy się przykładowo wtranżoli podwójny chicken shawarma plate, trzy paczki pringlesów i dużą czekoladę, to wówczas dementorzy jak gdyby chwilowo nie podchodzą. Inny, podobny w działaniu zestaw medykamentów to czterofuntowe roast lamb menu z pobliskiej greckiej knajpy, plus średnia paczka batoników orzechowych Nature Valley, plus sześć lukrowanych donatów z 7 Eleven. Ewentualnie, w zastępstwie pączków mogą być long johny. A zamiast roast lamba na przykład trzydzieści dwa skrzydełka z niebieskim serem.

Na efekty takiej kuracji antydepresyjnej nie musiałem czekać przesadnie długo, ale może oszczędzę Szanownym Czytelnikom szczegółowych opisów moich najnowszych zdobyczy gabarytowych. Faktem jest że niegdysiejsze posągowe kształty odeszły w niepamięć oraz baaardzo siną dal. W związku z czym, załamałem się na całej linii i czym prędzej przystąpiłem do opracowanego naprędce programu naprawczego. 

Na samym początku okazało się, że rower nie działa. To znaczy technicznie działa, ale nie robi roboty w sensie strategicznym. Mogę tak jeździć przez osiem godzin i nawet się nie zadyszę. Oczywiście po równym terenie. Pod górki z zasady nie wjeżdżam, bo mam tylko jedną przerzutkę, więc nie ma sensu się szarpać. Tyle. Rower nie. 

Postanowiłem więc sięgnąć po sprawdzony ludowy środek, czyli bieganie. Uznałem przy tym, że najważniejsze jest przygotowanie logistyczno - sprzętowe, toteż w pierwszej kolejności udałem się do miasta po stosowne buty dżogingowe. W siódmym z kolei sklepie znalazłem takie, jakie mi się podobały. Piękne, czerwono - srebrne, z jakimś takim systemem wyrzutni umieszczonym w podeszwie. Że się niby łatwiej galopuje. Dokładnie tego mi trzeba - pomyślałem i z krwawiącym sercem wysupłałem z pugilaresu moje najostatniejsze rezerwy federalne.   

Wczoraj, przy poniedziałku postanowiłem rozpocząć wytężone treningi. Dobiegłem do Trzeciej Plaży, oddalonej od naszej dzielni o jakie dwa kilometry. Może dwa i pół. Niedaleko, ale to przez te wyrzutnie w butach. Wcale się w tym nie da biegać, bo od razu rypią nogi w piszczelach. Więc w sumie, to prawie cały ten dystans przemaszerowałem. W drodze powrotnej musiałem też trochę poleżeć na ławce, ale tak to sobie wytłumaczyłem, że pierwszy raz ma swoje prawa oraz mankamenty, jak również rozliczne skutki uboczne. 
I, choć generalnie nie byłem zbytnio zachwycony tym moim inauguracyjnym występem, to postanowiłem się nie poddawać. Oraz zdecydowanie kontynuować treningi. Choćby po to, żeby się te cholerne buty zamortyzowały.

Dziś, kiedy ranne wstały zorze, wyskoczyłem z łóżka i przystąpiłem do kompletowania ekwipunku. Przy okazji, ku swojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu odkryłem, że wcale nie mam zakwasów. Karakaszanka, która wkrótce potem zwlokła się z barłogu, stwierdziła, że pewnie nie ma po czym. Cóż, puściłem tę zniewagę mimo uszu, po czym chłodno się pożegnałem, by po kwadransie znów być w swoim żywiole. 
Czyli na torze. 

Do Trzeciej Plaży dotarłem jakby szybciej, niż poprzedniego dnia, poza tym udało mi się nawet kawałeczek podbiec. Zachęcony oszałamiającymi efektami oraz postępami, stwierdziłem że widocznie jestem już w upragnionej formie olimpijskiej, toteż nie wracam do domu, a przeciwnie - do bólu zasuwam przed siebie. 

Trasa biegacka wokół Stanley Parku ma jednak taką właściwość, że wycofać się z niej można tylko do pewnego momentu. Gdy się już minie Shiwash Rock, to nie ma odwrotu i trzeba pruć do końca. Oczywiście, zawsze pozostaje opcja dania sobie siana i obrania drogi powrotnej, ale po pierwsze - nie pozwalała mi na to sportowo - wyczynowo ambicja, po drugie zaś - jakoś tak sobie wyliczyłem, że dość daleko już odtruchtałem od domu, więc przed siebie będzie zdecydowanie bliżej.

Bardzo źle to sobie obliczyłem, bo się potem okazało, żem do tego momentu pokonał zaledwie trzy i pół kilometra. Więc gdybym naówczas zawrócił, to miałbym jeszcze do zrobienia tylko trzy i pół kilometra, natomiast kontynuując po pętli zafundowałem sobie dodatkowe sześć. W międzyczasie mokry już byłem na wylot, że nie wspomnę o tych wyrzutniach, które zaczęły mnie wpieniać nie na żarty. A dopiero, psiakrew, byłem na ćwierćmetku. Jakoś tak na rowerze szybciej to szło. 

Niech tu przypadkiem nie przyjdzie komu do głowy wypisywanie, że na przykład codziennie chodzi cztery kilometry do pracy. Albo, że kiedyś regularnie pieszo zasuwał do dziewczyny z Bolesławca do Lwówka. Albo że w dzieciństwie miał do szkoły dziesięć wiorst, na dodatek w obie strony pod górkę. Bo się to z wielu względów nijak nie przykłada do mojej sytuacji.

Powróćmy zatem na trasę. Po kolejnych trzech kilometrach padałem na pysk i nawet byłem skłonny zwinąć komuś rower, byle już tylko nie dyndać pieszo. Tak mi się ten pomysł spodobał, że mimowolnie zacząłem się rozglądać za jakimś pojazdem w celu krótkotrwałego zaboru. Był nawet jeden kandydat nieopodal Lwiego Mostu, ale przypięty do barierki poczwórnym łańcuchem pancernym. Co za naród... 
Zero zaufania.   

A żeby było bardziej burleskowo i beznadziejnie, to mnie niespodziewanie osrał ptak. Ale nie jakiś wróbelek czy sikorka, tylko normalny pterodaktyl. Gdybym w ostatniej chwili nie uskoczył, to by mi pewnie urwało rękę. A tak, to tylko z grubsza wytarłem łopianem kaptur, rękaw oraz plecy i taki osrany zasuwałem dalej. Oczywiście każdy się na mnie gapił, ale potem przestałem już na to zwracać uwagę.

Nie pamiętam, jak dotarłem na dzielnicę. Chyba zrobiłem skrót koło Akwarium, a potem się przedzierałem przez jakieś chaszcze. Nieważne, bo w sumie to było morderczo, ale pięknie. Czuję, że schudłem jakies trzy dekagramy, ale się nie zrażam.

Tyle że jutro pobiegnę sobie gdzieś bliżej.


  

2011-10-25 22:26:50 skomentuj (19)
informacyjnie

Drugare,
Ze względów techniczno - zawodowych, chwilowo zmuszony jestem wyżywać się piśmienniczo na znanej Wam, lecz ostatnimi czasy gruntownie odnowionej i zmodyfikowanej stronie  www.jacekpalka.com.
Zapraszam do lektury, nieprawdaż.
Nie ma tam jeszcze co prawda możliwości komentowania, ale przeca zawsze możecie przyjść tu.
I przekazać swoje refleksje oraz przemyślenia. 
Ewentualnie sobie rzygnąć.

Strzała.




2011-10-16 02:31:13 skomentuj (8)
men of mayhem

Wczora z wieczora otrzymałem ja z rąk Karakaszanki niezwykły prezent, czyli piękną, młodzieżową, oryginalną bluzę SAMCRO. 
Na klacie, gigantycznymi bukwami stoi tam: REAPER CREW. 
I oczywiście słusznych rozmiarów kosa z rękojeścią M-16 na całe plecy.

Bardzom się uradował i zdecydowanie rozjaśnił mi ten prezent oblicze, zasnute ostatnimi czasy kirem smutku i zwątpienia. Bo też sprawy pierdolą mi się tu koncertowo. I generalnie, od kiedy DJ opuścił nasze pueblo, jestem wysoce niepocieszony, a i z dementorami mignąłem sobie nawet ostatnio parę razy. 

Z kolei Miłoszek, który cierpi na problemów moich brak, znajduje się chwilowo w formie kwitnącej. Jakoś tak zaprzestał lamentowania oraz psychicznych rozdarć w temacie życia na obczyźnie, a nawet rzekłbym, że zasymilował się z miejscową społecznością, co w krótkim czasie - poza poprawą ogólnej kondycji psychofizycznej - zaowocowało również zdecydowanym ustabilizowaniem się jego sytuacji pieniężno - walutowej. 

Jeśli wierzyć Miłoszkowym doniesieniom, zadał się on z grupą rodzimych kombinatorów, która z właściwym sobie sprytem, wdziękiem oraz niewątpliwą handlową żyłką wbiła się w niszę powstałą na lokalnym czarnym rynku po transformacji legendarnego Flea Marketu, który ze szmaciarskiego, babskiego targowiska  zamienił się w elegancki jarmark staroci i osobliwości.

Nie znam bliższych szczegółów działalności grupy, bo Miłoszek konsekwentnie mi ich odmawia, twierdząc, że wszystkiego się dowiem, gdy już przystanę do szajki. Co z kolei raczej się nie zapowiada w najbliższej przyszłości, albowiem od jakiegoś czasu mam ja uraz trwały do wszelkich procederów legalnych inaczej. A jeśli już, to nie swoimi rękami, nieprawdaż.

Tak czy inaczej, forsa znów się sypie jak kartofle, że się posłużę retoryką Miłoszka. Który ma dodatkowe powody do radości, gdyż u schyłku lata, na pobliskiej plaży zapoznał kolejną kobietę swego życia. Do zadzierzgnięcia znajomości doszło w dość nietypowych okolicznościach, ale o tym to już może opowiem jutro, gdyż chwilowo muszę zasuwać do administracji budynku. Zepsuła nam się bowiem lodówka oraz garburator, o czym pragnę poinformować naszą menedżerkę. 
Pragnę już od rana, w związku z czym dobijałem się już po wielokroć, ale jakoś nie mogę nikogo zastać w ofisie.

Może tym razem.




2011-10-04 00:05:19 skomentuj (20)
wyznania niedoszłego wioślarza

Jak powszechnie wiadomo, jakiś czas temu wszedłem w maniakalno - napadową fazę przeobrażania się we wschodzącą gwiazdę gitary elektrycznej. W związku z czym nabyłem drogą kupna żółciutkiego Jazzmastera.
Traf chciał, że jakiś czas potem, przechodząc nieopodal sklepu sieci Tom Lee, wiedziony nieodpartym przeczuciem, wszedłem do środka, gdzie moje chabrowe oczy ujrzały przecudnej urody Telecastera. No i w sumie, to też go nabyłem drogą kupna.

Następnie zachorowałem na ukulele.
Wiadomo - rzecz kultowa.
Trzeba mieć, nieprawdaż.
A że akurat zbliżały się moje urodziny, to sobie pozyskałem takie fajne koncertowe uke.

Prawda jednak jest taka, że w głębi duszy zawsze marzyłem o grze na czterech strunach. Dokonałem więc za pośrednictwem craigslist testowego zakupu gitary basowej Squier w kolorze niebieskim. Wraz z piecem oraz stosownym oprzyrządowaniem.
Niemal natychmiast okazało się, że jestem niekwestionowanym, samorodnym wirtuozem basu.
Krótko i na temat.

Sprzedałem więc wszystko, com posiadał. Następnie trochę dołożyłem ze świnki, zlikwidowałem posiadaną książeczkę oszczędnościową, zastawiłem dom, gospodarstwo oraz obydwa rowery. Po czym stałem się posiadaczem osławionego Fendera Jazz Bass. Pół-fretless, płaskie struny, miazga...

Nareszcie coś porządnego, nieprawdaż.
Czyli Fender FENDER.
A nie Fender Skłajer.
Ani Fender Texmeks.

Będzie się działo.




P.S. Zwierzę się Wam, że chwilowo pochłania mnie jeszcze jedna sprawa. Otóż, jestem dopiero na początku drugiego sezonu i z nerwów cały drżę, bo nie wiem, czy Peggy Bundy opowie Salvatorowi o tym, co jej zrobił Rollins z Adamem. Przecież jak się stary dowie, to krew będzie sikała przez trzy odcinki...





2011-09-13 19:20:22 skomentuj (16)
I've got blisters on my fingers...

Od pewnego czasu, na przecięciu ulic Granville oraz Robson, z dużą nieregularnością materializuje się sympatyczny bitlopodobny zespół, który na czterech metrach kwadratowych (oraz jednym piecu) wypierdziela takie koncerty że odpadam. Tydzień temu byłem na ich pierwszej sztuce, ale ponieważ towarzyszył mi DJ, tedy nie za bardzo wypadało łkać. Ale dzisiaj zawitałem tam ponownie, tym razem solo. I za zasłoną wielgachnych ciemniaków spłakałem się jak norka. Bo mnie chłopacy rozmiękczyli dokumentnie.

Na koniec recitalu jeden z młodzieńców spytał gawiedź, czy ma jakieś życzenia specjalne. Wtedy to postanowiłem trochę zagiąć muzykantów, gdyż organoleptycznie stwierdziłem, że zdecydowanie lepiej czują się oni w takim bardziej bigbitowym repertuarze Wielkiej Czwórki, w związku z czym przez większość koncertu raczyli nas głównie rozmaitymi szilawzjami, tudzież hitami typu kentbajmilow. Odważyłem się więc i krzyknąłem: HELTER SKELTER!

- A proszę uprzejmie - odparł wcale nie zmieszany, ani tym bardziej zaskoczony gitarzysta. Po czym wyrypali taką wersję Helter Skelter, że się tynk posypał z fasady Searsa. Powaga. Niech się schowa wykonanie oryginalne, niech się schowają dotychczasowe kowery, niech się schowa wszystko.

Tyle.




2011-08-31 02:03:45 skomentuj (14)
wiesz, kto tę rękę ściskał...?

Cóż, tak się złożyło, żeśmy sobie mignęli z niejakim Kerrym Kingiem, który niedawno bawił w naszym mieście. 
Obszerna relacja znajduje się TU.

Serdeczności.



2011-08-05 20:15:04 skomentuj (23)
świat zwariował, ale poza tym spoko...

Kim jest Anders Behring Breivik? Kim jest ta menda, że udało jej się tak zmanipulować cały współczesny świat? To niepojęte, że wielokrotny morderca ma nadal prawo głosu. Wyjaśnienie jest proste. Mięso. Wszyscy potrzebujemy mięsa. Media, politycy, nawet szare ludziki, którym sława dotąd nawet się nie śniła. 

Ja, ja, ja mam z nim zdjęcie - donosi jakiś frajerzyna na pierwszych stronach tabloidów i internetowych portali. 
A ja z nim pracowałem, biurko w biurko, o tak blisko - przelicytowuje go następny. I buch, od razu wywiad - rzeka ze szczęśliwcem, który znał Andersa. 
Kto jeszcze miał bliższą przyjemność z rewolucjonistą? Szybko, przypomnijcie sobie, bo za parę dni taki materiał będzie wart dużo mniej grajcarów... 
Tylko proszę przebierać w słowach. I bez morderców mnie tu, bez zbrodniarzy, katów i zwyrodnialców. Bo to krótkowzroczne i obliczone na tani efekt hasła bez pokrycia, a tu się przeca ważniejsze rzeczy dokonują. Dziejowe, że tak powiem. 

Poza tym cieplej się na sercu robi, kiedy dowiadujemy się, że poza kilkoma polskimi partiami nacjonalistycznymi, wielkim uznaniem oraz szacunkiem Breivika cieszył się i Nasz Noblista Czesław, i Król Jan, nieprawdaż. Od razu inna bajka.

To upadek i skandal, że zabójca kilkudziesięciu dzieciaków nadal ma tak barwną prasę i takie wzięcie mediów. Wnikliwych, obiektywnych i wyrozumiałych. Najbardziej jednak szokują niektóre polskie komentarze. Platformie poniekąd to wszystko pasuje, a PiS jeszcze nie wie, czy mu to pasuje. Ale już jakiś debil porównuje masakrę na wyspie do akcji w łodzkim biurze partii. Cele te same, rozumicie, tylko skala u nas trochę mniejsza była. Byle tylko coś chlapnąć, byle się podpiąć.

A mundur jaki to? W jakim mundurze fotografował się Breivik? Bo jeśli w jakim prawdziwym to fajnie, a jak w wymyślonym to słabizna. A składniki do bomby to skąd miał? Bo jak od siebie z piwnicy to spoko, ale jakby wyszło że od nas, to by była sraka. Nie, to nie od nas. Kontakty handlowe Breivika z naszym krajem miały charakter marginalny. Ufff, co za ulga. Czyli te azotany to ewentualnie od Tamtych. Od Tamtych to w sumie git, bo będzie na nich niezły hak. 

A manifest to sam napisał, czy odwalił od Unabombera? Spytajmy ekspertów. Najlepiej jakichś znajomych. Przyjdą do studia, porobią mądre miny, zawiną przy okazji trochę grosza. Przyda się. A jak będzie kolejna afera, to może zaproszą nas. To my se wtedy pójdziemy porobić miny.

To dziki kraj, w którym miejsce mają podobne korowody. To dziki świat. Dotarło to do mnie, kiedy wczoraj w każdym wydaniu newsów pokazywano triumfalny przejazd mordercy, a raczej rewolucjonisty. Uśmiechnięty, pogodny, promienny, z podniesioną głową. Nowy Duce, kurwa. 
Kto nie widział, ten trąba, ale będzie jeszcze wiele okazji, bo takiego kąska nie wypuszcza się z rąk. Jeszcze przed nami wystąpienia sądowe, konferencje prasowe... W końcu poza prawem do munduru, kutas zażyczył sobie otwartego procesu, w którym opowie Państwu, co, jak i dlaczego. 

I w pewnym momencie nieuchronnie nasuwa się taka konkluzja, że w sumie to chuj z tymi dziećmi, do których Breivik strzelał jak do kaczek. Są ważniejsze racje, nieprawdaż. Dlatego pozwólmy bohaterowi się wygadać. Popytajmy, może miał jeszcze jakie inne problemy, przemyślenia i bolączki. Może kogo ciekawego wsypie... Bedzie się działo.  

A zresztą, o kim tu gadać? Jakie dzieci, jaka tragedia, jakie ludobójstwo? Dobrzy żołnierze biją żołnierzy złych - tym to się zawsze należy. A te gnojki to nawet nie było żadne wojsko tylko zgraja mięczaków i tchórzy, którzy uciekali z podkulonymi ogonami, jak pisze Wadim Reczkałow w wysokonakładowym Moskiewskim Komsomolcu. Poza tym, była to tylko nauczka, przestroga, sygnał. Chłopaczyna zbuntował się tylko przeciwko samobójczej idei wielokulturowości, tolerancji, sytości. Wystąpił też przeciwko demoralizującemu zachodniemu stylowi życia... 
No, to trzeba było od razu mówić. Jak tak, to spoko. I wszystko gra. A poza tym ofiar było tylko siedemdziesiąt sześć, a nie dziewięćdziesiąt trzy, jak się dowiadujemy. Więc o co to całe larmo i kto tu kręci zadymę? I w ogóle przestańcie już biadolić o tych dzieciach, bo to się powoli robi nudne.

Ja rozumiem, że system prawny Norwegii kuriozalnym jest i bez względu na kaliber wykroczenia można tam wyłapać maksymalnie dwadzieścia jeden lat. Choć w przypadku Breivika mówi się o pajdzie maksymalnie czternastoletniej, nieprawdaż. Z drugiej strony, w każdym normalnym kraju ten gnój zostałby odpalony drugiego dnia. W imię zasad.

Śmieszny jestem i naiwny, wiem. Pierdoły tu wypisuję rodem z Janosika i Podziemnego frontu. Ale spokojnie. Psy szczekają, a wszystko przecież będzie dobrze. Włos z głowy Breivikowi nie spadnie. Skrzywdzić go nie damy, bo na razie to jeszcze go, rozumicie, trochę potrzebujemy. Toteż jeszcze powozi się karetą i pośmieje nam prosto w pysk.

Takie są prawa Rewolucji.

Oraz szołbiznesu.




2011-07-26 19:20:33 skomentuj (26)
I'm an uke boy (kaliber 44)

Mikołaj był w te urodziny bardzo szczodry i obdarował mnie rozmaitymi pięknymi prezentami, o których później. Generalnie wziąłem udział w bardzo przyjemnym triduum urodzinowym, bośmy zaczęli obchody już pierwszego lipca, przy okazji Canada Day. 

Pięknie wysprzątana* (również tymi ręcami) ulica Granville zapełniła się straganami, kuchniami świata i innymi atrakcjami, z których korzystaliśmy pełnymi garściami. Niejako przy okazji wpadliśmy też na wielki festyn z okazji Vansterdam Annual Cannabis Day. Oczywiście z czystej ciekawości oraz kronikarskiego obowiązku. Bardzo miła i pouczająca impreza, nieprawdaż. Ale do rzeczy.

Pośród rozlicznych podarków otrzymałem trzypaskową wersję płaszcza Emperora Palpatine'a, którego znam raczej słabo. I nieważne że jako postać jest mi on raczej obcy ideologicznie, bo kapota piękna i drugiej takiej nie ma na całym świecie. A jeśli nawet jest, to ja nic o tym nie chcę wiedzieć. 

Pozyskałem też marzenie życia, czyli profesjonalne ukulele, które początkowo sprawiało mi trochę kłopotów. Bo, o ile gitarę konwencjonalną stroję z zamkniętymi oczami, wyrwany ze snu oraz bez stroika, to tego małego gówna nie mogłem przygotować do pracy pomimo najszczerszych chęci oraz wielkiego, godnego lepszej sprawy zapału.

Dopiero po dwóch dniach ożywionych działań poznawczych udało mi się dotknąć jądra. I zrozumiałem, że instrument jest to niezwykły i ze wszech miar niekonwencjonalny. Nieistotny jest bowiem rodzaj strun oraz metoda tuningu. Nieistotne są chwyty, akordy, tabulatury ani nuty, liczy się natomiast feeling. 
Udowodnione naukowo.

Do powyższych wniosków doszedłem na drodze dogłębnej analizy pomieszczonych na youtube filmów poglądowych. Na samym starcie, celowo pominąłem wszystkich wirtuozów i ukulelowych akrobatów, bo nie o to przecież chodzi, by wymiatać i prezentować skomplikowane i ultraszybkie palcówki. Z przeproszeniem.

Uke samo gra i nie przeszkadza mu żadna melodia. Trzeba tylko w miarę rytmicznie brzdąkać, raz na jakiś czas ewentualnie zmieniając układ palców na jakiś inny. I jest super. Znalazłem nawet w sieci artystę, który prezentował specjalne piosenki oparte na dwóch chwytach. W praktyce wyglądało to tak, że piosenki były standardowe i jako takie posiadały po milion różnych nut i dźwięków. Natomiast uke przez cały czas grało w istocie dwa, jednopalcowe akordy. 

Dotarłszy do sedna materii, zupełnie inaczej spojrzałem na mój nowy instrument, przy czym pokochałem go jeszcze bardziej. I nareszcie wszystko gra. Gra na dowolnym chwycie i dowolnej strunie, a nawet na kilku jednocześnie. Gra nastrojone albo nawet nie. 
Daleko nie sięgając, dziś o świtaniu zmieniłem struny na koncertowe Aquile. Gdy tylko nakręciłem je na te kołeczki i jako tako napiąłem, zapragnąłem sobie kontrolnie brzdąknąć. Ach, co za brzdęki mi wyszły...

Następnie, trochę jakby przypadkowo włączyłem sobie płytę Eddiego Veddera zatytułowaną Ukulele Songs. To samo. Wokal swoje, a ukulele swoje. Bardzo piękne piosenki, tak na marginesie. Piękne, przejmujące i szalenie melodyjne. I kompletnie nieprzeszkadzające akompaniamentowi. 

O ile nie przepadam za solowymi produkcjami Edka, to tutaj śpiewa cudownie, a co najważniejsze, kompletnie go nie rozpraszają dźwięki towarzyszącego mu instrumentu. Nic a nic. Uke sobie, a Edek sobie. W każdej z szesnastu piosenek.

Podoba mnie się to.




* Wysprzątana po Judgement Night, kiedy to fani Vansterdam Canucks, nie mogąc się pogodzić z utratą Pucharu Stanleya, przez kilka godzin palili i rabowali okoliczne sklepy i inne zabudowania.





2011-07-08 20:11:34 skomentuj (25)
miłoszek się przygotowuje

- Weź się nie zachowuj jak czereśniak, który nie widział trzęsienia ziemi - nie zdzierżyłem i w te słowa przemówiłem do Miłoszka, który ledwie się na nowym miejscu rozgościł, a już na powrót zapakował swój plecak ze stelażem, chlebak i mały neseser, którą to wyprawkę od trzech dni trzyma przy łóżku, obok złożonego w kostkę ubrania, butów, portfela i laptopa.  

- Czytałem instrukcję postępowania na wypadek kataklizmu, więc wolę być przygotowany - uprzejmie wytłumaczył się Miłoszek.
- A masz zapasy jedzenia i wody pitnej? - drążyłem.
- Wody oraz paszy podobno ma nie zabraknąć - odparł Miłoszek, lekceważac ironiczną nutę mojej zaczepki. - Co najwyżej czasowo stracimy dach nad głową. Chyba żeby to było TO trzęsienie, ale wtedy jakiekolwiek działania zaradcze na nic, bo nikt nie ujdzie z życiem. Ale profilaktycznie spakowałem trzy zupki campbella, dwa paszteciki prochowickie i otwieracz do konserw.

- Ja pierdzielę - uniosłem się. - Przecież ja tego otwieracza szukałem wczoraj przez cały wieczór. Że nie wspomnę o pasztecikach.
- To trzeba było zapytać - osadził mnie Miłoszek. - A poza tym nie pyskuj, bo powinieneś mi być wdzięczny, że zabezpieczyłem racje dla nas wszystkich.

- Ja już tego nie wytrzymam - wtrąciła się Karakaszanka. - Czy wiesz, gościu, że od dwóch lat nie mówisz o niczym innym jak tylko o apokalipsie, rozmagnesowaniu biegunów, przepowiedniach Nostradamusa i tajemnicach fatimskich?
- Bo to wszystko prawda - spokojnie odrzekł Miłoszek. - Tylko nie wiadomo, kiedy te zdarzenia nastąpią, więc wolę się zawczasu metodycznie przygotować. 
- To się przygotowuj w swoim pokoju, a nam daj normalnie żyć, zgoda? - ucięła dyskusję Karakaszanka.

- Czy ty naprawdę nie masz poczucia nieuchronności, tymczasowości i rychłego nadejścia kresu zdarzeń? - z tym dramatycznym pytaniem jakiś czas potem zwrócił się do mnie Miłoszek, nie znalazłszy uprzednio zrozumienia u Karakaszanki.

W sumie to mam, ale raczej łączyłbym to z prowadzonym przez nas grzesznym i hulaszczym trybem życia oraz faktem, że jesteśmy wybitnymi lekkoduchami, utracjuszami i birbantami...

No i z tego wszystkiego też się zacząłem zastanawiać, co by tu drapnąć, gdyby przyszło co do czego i trzeba będzie nawiewać. Przede wszystkim gitarrry. I tu się zaczyna problem, bo chwilowo nie mogę wybrać między moim ukochanym jazzmasterem i nowiutkim telecasterem. A z dwiema, to się chyba nie zabiorę.

Jeszcze się zobaczy.




P.S. A tak w ogóle, to przydałby mi się jeszcze jeden telecaster, żebym go sobie cały czas trzymał w Open G. Bo strasznie mi się nie chce tak za każdym razem przestrajać...




2011-07-03 18:04:42 skomentuj (7)
szybcy zaś się wściekli

- Czy nie zastanawiałeś się nad jakimś programem kontrolowania agresji? - spytał mnie Miłoszek, kiedyśmy po dwukrotnym objechaniu Stanleja, zdyszani zasiedli na plaży przy English Bay.
- Czego znowu ode mnie chcesz, chłopcze malinowy? - zainteresowałem się grzecznie.
- Słuchałem waszej kłótni w niedzielę i cię, kurde, nie poznawałem - ostrożnie zaczął Miłoszek. - Ale tak sobie pomyślałem, że może masz gorszy dzień. Ale jak dzisiaj wydarłeś ryja na tego grubasa i się odwróciło ze sto pięćdziesiąt osób, to mnie zacząłeś martwić. Tobie chyba coś się pojebało, że jesteś jakimś osranym kierowcą rajdowym na torze wyścigowym, podczas gdy to jest publiczny park, gdzie każdy może do woli zażywać odpoczynku i raczej wszystkiego się spodziewa oprócz zrypów od jakiegoś oszołoma...

- Bo mi wszedł prosto pod koła i w ogóle jakiś taki niekumaty, że nie widzi znaku o ścieżce rowerowej - odrzekłem. - A skoro ty jesteś taki wobec mnie krytyczny, to dlaczego mi pomogłeś, jak mnie te burki otoczyły koło mostu?
- Jesteś moim chłopakiem, to ci pomagam - odburknął Miłoszek. - Co nie znaczy, że zawsze masz rację. A tak na marginesie, to co ty chciałeś udowodnić zanim się tam z nimi starliśmy? Jakieś dzwonienie dzwonkiem jak na pożar, hamowanie z piskiem opon, udawanie wywrotki... Co to miało być? Rilaks gontułeks i ciesz się życiem, bo jeśli tak będziesz dalej napinał, to się skończy jak w piosence, że serce alkoholowe ponieśli aniołowie na złotych pluszach...
- Łażą po tych alejkach jak krowy i mnie wkurwiają, to się denerwuję - odparłem. - A tak w ogóle, to może zajmij się lepiej swoim sercem alkoholowym - uciąłem temat. 

Ale coś jest na rzeczy.




2011-06-21 21:56:22 skomentuj (10)
nazajutrz

Ha. Nadal jesteśmy w lekkim szoku pourazowym w związku z Judgement Night. Bo to fenomen niespotykany. Psycho- i socjologowie łamią sobie głowy nad przyczynami tego pogromu. Bo, po pierwsze, towarzycho zdemolowało z zimną krwią swoje własne miasto. To tak jakby nasrać koło wersalki w salonie. Niepojęte i trochę jakby chore. Bo przeca wszyscy się nie mogli tak na trzy cztery najebać i stracić rozum. Tym bardziej, że w mieście zarządzono prohibicję. Więc co? Owczy pęd? Usprawiedliwione i bezkarne party z dobrej okazji? 

Część tych chujów liczyła się z takim a nie innym rozwojem sytuacji, bo na mecza zabrali młotki, łyżki do kół i inne poręczne narzędzia. A potem stało się to, co miało się stać. Same rabunki to tyły rzędu milionów dolców. Plus wybite szyby, tych parę fur i straty z powodu wyłączenia z życia publicznego dobrego kawałka śródmieścia. Ale do rzeczy.

Czego by o tym miejscu nie gadać, Vansterdam ma zajebistą społeczność, dzięki której miasto podnosi się z gruzów w oka mgnieniu. Już o świcie na ulicach były setki, a potem tysiące ochotników, którzy zabrali się za uprzątanie pobojowiska. I my się włączyliśmy w odgruzowywanie, ma się rozumieć, chociaż przybyliśmy na miejsce zbrodni dopiero późnym rankiem. Bo nam się trochę zaspało. Nieważne.

Na rozpierniczonym Bayu (czyli osławionym domu towarowym) powstało coś w rodzaju ściany płaczu, gdzie każdy mógł wylać swoje żale, wstyd, rozczarowanie, przeprosiny, tudzież wkurw. Kole jedenastej pofatygował się nawet nasz piękny Burmistrz w towarzystwie nie aż tak urodziwej, nieprawdaż, Pani Premier. Oni także wpisali się na ścianie Baya, po czym fundnęli grabulkę paru wolontariuszom, obkukali rozmiar strat, a następnie oddalili się do innych zajęć służbowych. Ładny gest, trochę komunistyczny i propagandowy, ale tutejsza ludność lubi takie wystąpienia oraz przejawy pozornej równości i braterstwa.

Tyle.


P.S.: A z tą całującą się parą, to jest trochę inna bajka. Tak naprawdę to ofiary wojny. Ona została znokautowana przez zadymiarzy, a on ją właśnie reanimuje...

P.S.2: Na marginesie, w wersji obrazkowej fotoreportaż.

   


2011-06-18 19:02:00 skomentuj (11)
...

Fani Canucksów zapowiadali co prawda, że jakby coś poszło nie po ich myśli, to sfajczą miasto. Ale wszyscy myśleli, że chodzi o miasto Boston. I że to tylko takie kibolskie pierdzielenie. Stało się inaczej. Ale po kolei.

Najpierw, nieprawdaż, wrypaliśmy cztery do jaja na własnym boisku. Ale nie mogło być inaczej, bo chłopacy grali haniebnie. I w żadnym wypadku na puchar nie zasługiwali. Tyle emocji czysto sportowych.

Nie czekając na ostatni gwizdek sędziego, 100.000 kiboli zgromadzonych na ulicach miasta rozpoczęło metodyczną demolkę. Zapłonęły samochody, doszczętnie zdewastowano też pomieszczone w śródmieściu sklepy i inne obiekty mniej lub bardziej ruchome. Trochę trudno to opisać, toteż może posłużę się kilkoma co smaczniejszymi linkami.







I wszystko na ten temat.




2011-06-16 21:47:49 skomentuj (14)
don't move, czyli nie mów

Nadejszła wiekopomna chwila oraz doskonały moment, ażeby się wyprowadzić od Sidu, czyli naszego poprzedniego landlorda. Mi tam się w sumie dobrze mieszkało. Wiewiórki szalały po całej chałupie, a sosenki robiły niezłą zasłonę, kiedyśmy się na balkonie dopuszczali bezeceństw. I do wody niedaleczko, i do rododendronów. No, same plusy dodatnie.

Ale Karakaszanka oraz Miłoszek jakoś tak nie przepadali za lokalem. Mówili, że śmierdzi, że klaustrofobicznie oraz że ich przygnębia otoczenie. Toteż zostałem przegłosowany. 
A potem to już nadszedł dzień przeprowadzki.

Pamiętam dobrze czasy, kiedyśmy zjechali w te strony. Cały nasz ekwipunek zawierał się naówczas we czterech walizeczkach zapakowanych do jednego małego hondziaka. Którym przejechaliśmy cały kontynent, ażeby się dostać do z dawna upragnionej Krainy Szczęśliwości. Nieważne.

Mając na uwadze wspomniane cztery kuferki, z niepokojem patrzyłem na piętrzące się po sufit stosy pudeł, worków, zawiniątek i skrzyń, składających się na nasz aktualny majątek ruchomy. 
- Kto to będzie dźwigał do nowego domu? - spytałem z dziennikarskiej ciekawości.
- Nie peniaj - uspokoiła mnie Karakaszanka. - W samo południe przybywa Abraham, Vato i reszta kompanii.

Abraham, Vato i reszta kompanii to rodzinna firma przeprowadzkowa, którą posiłkujemy się od dawna. Przewozili nas z Siódmej do Mięśniaka, potem od Mięśniaka do Iaina, a także od Iaina do Brudasów. 
Chłopacy zwyczajowo przybywają, w milczeniu łapią graty i po kilku dłuższych chwilach przeprowadzka jest już wspomnieniem. Zwyczajowo, ale nie tym razem.

Tym razem się nie zjawili, bo coś ich zatrzymało za siedmioma górami i siedmioma lasami. Co nie dawało większych nadziei na rozpoczęcie akcji w czasie krótszym, niż trzy godziny. Co z kolei wprowadziło pewną nerwowość i niepokój natury egzystencjalnej. Tym bardziej, że nie wiedzieć kiedy, w progach naszego domostwa zmaterializował się Sidu Starszy, który wyskoczył z tekstem, jakoby poprzedniego dnia dostarczył nam karteczkę, z której rzekomo wynikało, iż w samo południe chałupa ma być opróżniona i gotowa do malowanki.

- Zapomnij, gościu - odparłem rozjemczo. - Nasi ludzie się spóźniają, toteż wyprowadzimy wojsko w stosownym czasie. Ino, że jeszcze nie teraz. Bądź człowiekiem i nie napinaj, please - zgiąłem kark na koniec swej wypowiedzi.
- Masz problem, mój drogi - ustosunkował się Sidu. - Jeśli nie rozpoczniesz akcji w ciągu kwadransa, to przyjdą moi chłopacy i ci pomogą, a to nie będzie ani tanie, ani przyjemne.

Trochę się zaniepokoiłem, nie powiem, bo widziałem ja kiedyś tych sidowych chłopaków, jak siedzieli stłoczeni w starej beemce zaparkowanej przed domem. Nie żebym się specjalnie przyglądał, ale mimowolnie rzuciły mi się wtedy w oczy ryje morderców oraz jakaś taka nerwowość w gestach. Toteż postanowiłem nie przeciągać struny.

Zrobiliśmy więc z Miłoszkiem siedemset kursów windą, ale gratów w mieszkaniu zdawało się nie ubywać. Najpierw zapełniła się jedna ściana lobby, potem druga, a zaraz potem trzecia. Następnie praczkarnia, taras widokowy frontowy oraz taras widokowy zadni. Na wielki finał wytaszczyłem jeszcze dwa fotele, szafę, stoły, biurka oraz zawartość lodówki, z którym to balastem, zrezygnowany udałem się na podjazd przed budynkiem, bo tylko tam było jeszcze odrobinę wolnej przestrzeni. 

- Jakieś newsy od Abrahama? - spytałem Karakaszankę, która w międzyczasie przybyła z kawą, dobrym słowem i promykiem nadziei. 
- Mówi, że się właśnie kończą załadowywać na poprzedniej robocie - kwaśno odparła Karakaszanka. - Jeszcze tylko pojadą do Burnaby, rozładują się, potem zjedzą obiad i zaraz potem przyjadą do nas...

Wtedy to obok mnie zmaterializował się Sidu Starszy, który uśmiechnąwszy się nieszczerze, rzekł:
- I jak, my friend, dało się zrobić? Dało. Potrzebne były te nerwy? Niepotrzebne.
- Wypierdalaj - odparłem zwięźle, czując, że gdybym tylko posiadał władzę w umęczonych członkach, to mogłoby dojść do rękoczynów.
- Nie drażnij dziada - osadziła mnie Karakaszanka. - Bo jeszcze nam musi oddać kaucję.

Spuśmy zasłonę litościwego milczenia na resztę ofensywy przeprowadzkowej. Abrahamy przyjechali po dwóch godzinach, ale przyznać muszę, że do tego czasu osiągnąłem już próg bólu, toteż było mi to kompletnie obojętne. Tak czy inaczej, nim słońce zaszło za jezioro wszystkie nasze bambetle znalazły się na nowym adresie.

- Jestem zdewastowany - oświadczył Miłoszek wieczorową porą. - Nie wiem, co gdzie jest. Poginęła mi połowa rzeczy, a umordowany jestem tak, że nie mam siły otworzyć puchy.
- Ja też jestem zdewastowana - przemówiła Karakaszanka, w międzyczasie oglądając szczątki azteckiej maski, która nie wiedzieć kiedy, z tragicznym skutkiem wymsknęła się Abrahamowi z rąk. - Nie wiem, czyj to był pomysł, ale następna przeprowadzka dopiero za rok.

Co najmniej.




2011-06-09 20:42:39 skomentuj (13)
nic się nie stało, luongo, nic się nie stało...

- Właśnie sobie miałem za ostatnie pieniądze kupić jersey Burrowsa - stwierdził Miłoszek po wczorajszym meczu zakończonym haniebną porachą cztery do zera. - Ale teraz to wolę przechlać - dodał zrezygnowany. 
- Po tych dwóch przegranych meczach Bostończycy musieli pójść do jakiegoś szamana, albo im krew przetoczyli - podjąłem rozpaczliwą próbę wyjaśnienia zaistniałej sytuacji rodem z Archiwum X.
- A tego Luonga to chyba nam podmienili - dodała Karakaszanka.

Wszystkich nam podmienili.



2011-06-09 19:50:30 skomentuj (8)
idźcie, kanaksi, idźcie

Ze względu na to, że kontakt nam się urwał, przestałem ja być fanem Toronto Maple Leafs. Teraz dla odmiany wspieram Vansterdam Canucks. Com sobie z nich robił jaja nie raz i nie dwa.

Ale sytuacja się zmieniła, bo chłopacy są aktualnie w finale Stanley Cup. I co dwa dni pykają sobie z Boston Bruins, ażeby wyłonić Miszcza. W sumie to Miszcz jest już wszystkim znany, ale jakieś pozory trzeba zachować, nieprawdaż.

Finały zaczęły się ładnie, bo nasi wygrali dwa mecze pod rząd. Ale chyba ktoś się zatrwożył, że za krótko potrwa ta cała gorączka. I w rezultacie mniej się sprzeda piwa, koszulek, biletów, tudzież reklam. Toteż nakazali Kanaksom trochę przystopować.

Chłopacy się tym nakazem trochę za bardzo przejęli. 
I przedwczoraj dostaliśmy w Bostonie tęgie lańsko.
Osiem do jednego.
Hańba.

Dzisiaj czwarte starcie.




2011-06-08 19:17:40 skomentuj (13)
już

No i Ameryka wybrała Amerikan Ajdola.
Ten nastoletni pieśniarz kantry wygrał.
Nieważne.

Bardzo ładny program zasunęli na koniec.
Na dzień dobry, prawie z marszu wystąpili chłopacy z Judas Priest. Którzy razem z grubaskiem - krzykaczem wykonali miks swoich przebojów. A ściślej rzecz ujmując to dwóch przebojów. Living After Midnight i Wypierdalaj Wypierdalaj.
Straszne już z tych Dżudasów dziady.
Tak na marginesie.

Potem sukcesywnie, w rozmaitych układach wokalno - tanecznych prezentowano wszystkich odwalonych po drodze zawodników. By ponad wszelką wątpliwość wykazać, że są pięćset razy lepsi od finalistów.

W pewnej chwili na scenie zmaterializowała się Beyonce. Która wykonała swój słynny robo-dance.
Miłoszek patrzył w ekran przez chwilę, po czym rzekł:
- Beyonce nie należy do tej samej cywilizacji co ja. Jest jednym z pierwszych kosmitów, którzy osiedlili się na Ziemi. Nieinwazyjnych, rzekłbym że nawet przyjaznych, niemniej kosmitów...

Potem zaprezentował się m.in. Jack Black, za którym przepada DJ. Ale chyba nie byłby on zachwycony tym wystąpieniem. Bo Jack oraz Rudy wykonali co prawda brawurową wersję Fat Bottomed Girls. Ale przefajnowali. 
I któryś z nich strasznie fałszował.

Potem z loży sędziowskiej zniknęła Dżej Loł. By po chwili zaistnieć na scenie. Ale, o dziwo, nie śpiewała. Śpiewał Potwór z Bagien, czyli jej mąż. Więc się Dżej Loł nie wpierniczała, tylko zaprezentowała swój program obowiązkowy. Czyli słynne shake ya booty
Czyli potrząsanie dupą.

Oczywiście nie zabrakło materiałów peryferyjnych dotyczących finalistów.
Czyli wizyta we wsi rodzinnej w Kentucky.
Rozmowa z najlepszym przyjacielem.
Rozmowa z szeryfem.
Rozmowa z wychowawczynią.
Te klimaty.

Potem ulubione nauczycielki finalistów wejszły na scenę. Gdzie otrzymały od finalistów kluczyki do fordów fokusów. A finalistom oświadczono, że niniejszym otrzymują kluczyki do dowolnego Forda, jakiego tylko sobie zażyczą.
- Ja bym wybrał model 68770 coupe z 1936 - ożywił się Miłoszek. - I byśmy zobaczyli, jak się wywiążą...

Potem wystąpiło dziwne monstrum. Bez zapowiedzi, więc nie wiedzieliśmy, czy to na pewno była Lady GaGa. Ale chyba ona, bo któż inny wiłby się na siedmiopiętrowej, tekturowej skale. Spowity w bikini z lateksu. W kapeluszu z woalką z łańcuchów. I z milionem zmutowanych tancerzy dookoła.
Na koniec do Lady GaGi wdrapał się taki jakby czipendejl. 
Trochę się razem powili, trochę pokopulowali, po czym zespołowo rzucili się w przepaść.

Ja się chyba nie znam na tym gatunku muzycznym, który reprezentuje GaGa. W każdym razie coś nie mogłem złapać melodii. Były jęki, były konwulsje, był crotch flashing i potrząsanie celulitem.
Ale linia melodyczna mi jakoś umkła.

Potem z ławki sędziowskiej zniknął Steven Tyler. Który po chwili zmaterializował się na scenie. Bez Aeroszmitów, którzy się jednak nie pogodzili. Szkoda, bo myślałem, że pojawi się Joe Perry. Czyli mój odwieczny narzeczony.

I raczej się wybronił ten Steven. Bo zaśpiewał bardzo skróconą wersję Dream OnZ figurami, a jakże. Czyli tańcem z mikrofonem oklejonym czyściwem. Po czym się ukłonił, puścił oko i zasalutował wiwatującej Dżej Loł. 
I koniec. Czyli podpisał listę, zrobił swoje i chata.
Profesjonalnie.
 
Potem zorganizowali mgłę oraz dymy i znowu wyszła na scenę Beyonce. Która już nie robiła robo-tańca, tylko w przykucu wykonała jakiś rozdzierający, dość bezmelodyjny song.
- Jeśli ona uważa, że tą pieśnią zbliża do mojej cywilizacji, to jest w błędzie - oświadczył Miłoszek. - A swoją drogą, to ciekawe, kto na kim zarobił, Beyoncee na Idolu, czy odwrotnie. Bo taki tu odchodzi lans ordynarny...

- Ja myślę - wtrąciła się Karakaszanka - że to jest takie jedno przedsiębiorstwo handlowo - usługowe, które zatrudnia Idola, Beyoncee, Dżej Loł oraz jej strasznego męża, A także Stiwena, Toma Jonesa, Tima McGraw, Gagę i jeszcze parę osób. I jak jest robota jaka do zrobienia, to się ją robi i cześć. A pieniądzorami dzielą się wedle zasług we firmie.
  
A potem to już ogłosili wyniki.
Skoti niby zapłakał ze wzruszenia, ale zaraz wystartował do piosenki finałowo - pożegnalnej. Ale nie wiedział, czy ma śpiewać, czy też ściskać ziomków z Kentucky. Więc trochę śpiewał, a trochę ściskał.
Potem na szczęście poleciało z sufitu konfetti. Więc Skoti przestał śpiewać oraz ściskać. I zajął się łapaniem konfetti do buzi.

Bardzo fajny program.

A dziś wieczorem rozwiązanie tajemnicy Oster.



2011-05-26 15:38:27 skomentuj (40)
tylko janka szkoda...

Ha.
I to się nazywa odcinek.
Brawo.
Bach, bach, bach.
Trzy policyjne trupy.
Plus tamci z przeszłości.
Niwińscy.

I niby już wiadomo, o co kaman z Oster.
Ale najważniejszego nadal nie ujawnili.
Czyli co się działo przez te dziesięć lat.

A to gnojek z tego Człowieka z Laską.
To on jest tym hyclem.
I to on odpalił Janka.

Ile jeszcze niewyjaśnionych zagadek...
Ile nierozwiązanych spraw...

Do przyszłego czwartku chyba jajko zniosę.




2011-05-20 02:01:16 skomentuj (16)
hangman jury

W końcu ktoś się zlitował i wrzucił na chomika jedenastą część Instynktu. No, ale co to za odcinek bez Oster? Nuda i chała. Ale za to jaki się z prokuratora zrobił Brudny Harry...
Nieważne.

Załapałem się tu na ostatnie tygodnie gigantycznego, kulturalnego wydarzenia, jakim jest bez wątpienia American Idol. Wielka, nie do końca zrozumiała dla mnie feta. Boli mnie serce, gdyż w jury - poza Dżej Loł - zasiada także Steven Tyler. Który dotąd był dla mnie prawdziwkiem. A tu taka skucha. Nie dość że twarz małpki kataryniarza, to jeszcze po stu operacjach.
Zgroza i babilon straszny.

Zasiedliśmy wczoraj do transmisji bezpośredniej, w której Ameryka miała wypstrykać jednego z czterech zawodników. No i wypstrykała sympatycznego grubaska - krzykacza. Dobry był, ale widocznie nie pasował frajerstwu na Idola. Nawet mu nie pomógł duet z Zakkiem Wylde, który, tak na marginesie, też chyba pomylił adresy, nieprawdaż.

Na Idola najlepiej się nadaje to dorodne, pyskate dziewczę w stylu Kelly Clarkson. Albo dupek z Południa wyśpiewujący modulowanym głosem hiciory country and western. Albo ta wielka, głupiutka diva a'la Whitney Houston.
Tego trzeba Ameryce, nieprawdaż.

Ale powróćmy do odcinka. Kocham oglądać podobne błazenady w towarzystwie Miłoszka, który jest wyrywny, nieprzewidywalny i jakże bogaty w warstwie językowo - komentatorskiej. Wybrzmiały właśnie ostatnie takty serce rwącego na strzępy songu w wykonaniu Haley (czyli tej śpiewaczki z Bożej łaski).
- Babe, dzięki, kurde, no super, you rock my butts - powiedział Steven Tyler. - To było really fuckin' good - dodał, przy czym mu wypipkali środek.
- Jezu, kochana, spłakałam się - weszła mu w słowo Dżej Loł. - Podziękujmy Ameryce i Bogu za ten twój talent, za te wzruszenia, za ten cudowny głos...
- Oj, nie zesraj się - przerwał ciszę Miłoszek.

Po kolejnym wykonaniu, Dżej Loł zabrała głos jako pierwsza:
- Bejbi, to było cudowne, Jezu, łzy mi same ciekną. Ameryko, głosuj sprawiedliwie. Boże, podziękujmy ci za ten wielki występ...
- Nie zesraj się przypadkiem - wtrącił Miłoszek, po którym głos zabrał Steven, który przemówił oczywiście w słowa te:
- Fuck yeah, great, to było dobre, hej, robisz robotę, wow, you shook me... 
I tak w kółko.

Chciałem sobie dzisiaj posłuchać Aerosmith, jeno mnie jakoś tak odrzuciło. Podobnież aktualnie chłopacy są skonfliktowani, ale mają się pogodzić i wystąpić zespołowo podczas wielkiego finału.
Pożyjemy, zobaczymy.

Na rogu Denman i Comox jest taki kiosek, w którym sobie niekiedy kupuję bilety trolejbusowe. Tamże, z dnia na dzień zauważam coraz więcej popularnych pism kolorowych ze Stevenem na okładce. Mam wrażenie, że ten American Idol to jemu służy w szczególności.

W tym miejscu pozostaje mi tylko podziękować Bogu i Ameryce za ten niezapomniany i pełen wzruszeń show.
Oraz Karakaszance za to, że mi go pokazała.

Wszystko.





2011-05-12 21:49:12 skomentuj (10)
dzień dobry i tak dalej

Nie chce mi się na tym nowym blogu akcja zawiązać. 
Toteż uderzam tutaj, do heimatu.
No więc, Miłoszek miał przyjechać do Krakozji, ale ostatecznie nie przyjechał, bo coś go zatrzymało.
Za to, nie wiedzieć kiedy, ja porzuciłem ojczyzny łono, com je okupował przez długi jak wieczność czasokres.
I powróciłem nad Ocean Pacyfistyczny.

Przez prawie cztery dni nie było mi dane przyzwoicie i po staropolsku przywitać się z Miłoszkiem.
Bo ciągle miał albo drugą zmianę albo nockę.
A z rana to się nie godzi.

Dopiero wczora żeśmy się spotkali i zgodnie oraz intencjonalnie sprowadzili do stanu zawiesiny.
Czemu towarzyszyły wspominki, dykteryjki, tudzież najnowsze nowiny lokalne po obu stronach globu. 
Bardzośmy się za sobą nawzajem stęsknili.
Tak wywnioskowałem.

Późnym rankiem w dniu dzisiejszym spotkaliśmy się ponownie, by odbyć intelektualnie oraz fizykalnie niemęczący spacer, w skład którego weszły następujące emeryckie sporty ekstremalne: karmienie rakunów, karmienie mew, karmienie gołębi, picie bubble-tea oraz podziwianie w niemym zachwycie biegających po parku i spowitych w lekkie, joggingowe stroje dziewcząt.

Ciąg dalszy nastąpi, bo jeszcze się wdrażam.


 


2011-05-11 02:46:09 skomentuj (9)
help!

No i nie obejrzałem najnowszych przygód Oster.
Bo akurat leciałem samolotem.
Opowiadajcie.

Migiem.




2011-05-06 20:26:16 skomentuj (29)
krew na butach

Dobrze, że już sobie zrobiłem wszystkie dziary, com je sobie miał zrobić, bo się ostatnimi czasy zrobiłem strasznie mało odporny na jakiekolwiek naruszenia powłoki cielesnej, tudzież przerwanie tkanki. 
Ale po kolei.

Powiedział mi Pan Piercingowy, że choć w swojej karierze sporo przeżył i sporo widział, to udało mi się go zaskoczyć.
Kiedy to, po małym przebiciu (i to niezbyt uwrażliwionej części ciała) krew buchnęła rwącą strugą.
Jak z tętnicy pachwinowej.
Wiem, że nie przesadzał, bo czułem jak mi coś ciepłego cieknie po, z przeproszeniem, krzyżu.
A od ucha do, z przeproszeniem, krzyża to nieprawdaż kawałek drogi.

No, ale zatamowalim.
To znaczy Pan Piercingowy zatamował.
Ja tylko leżałem bez ducha i bolałem nad moją piękną zieloną bluzą w pomarańczowe czypaski.
Bo mi Pan Piercingowy w międzyczasie wyznał, że kapnęło na kaptur.

Ładnie kapnęło, co się okazało już w domu.
Rozlewisko na pół pleców, jakbym oberwał odłamkowym.
Ale Wam przy okazji podpowiem sekret babuni.
Woda utleniona.
I problem plam znika sam.

Fakt, że zgrzewka wody poszła, ale tylko się zapieniło, silna reakcja termiczna zaszła i po temacie.

Na razie trochę dosyć mam piercingowania.
Bo ból jest upiorny.
W co byśmy nie bili.
Starość nie radość.

No, to tyle na dziś.




P.S.: Podobnież po przekłuciach najlepsza solarka.
Że niby lepiej się goi w ultrafiolecie.
Byłem, no i nie wiem, czy tak zaraz lepiej.
Potwierdza ktoś?


P.S.2: My tu pitu pitu, o klipsach i wisiorkach, a prawdziwy konkret leci od niedawna na nowym blogasku.
Cywil, szukaj ślad.





2011-05-01 13:46:58 skomentuj (29)
zachodzę:
klej do kapci
piosenka dnia
wersja obrazkowa
fotki luzem
com

sprawy statutowe
hymn bloga

stardog-mail
listy do stardoga
statystyka