Archiwum

Mało nas...

  • Wszystkich wizyt: 212655
  • Dzisiaj wizyt: 18
  • Wszystkich komentarzy: 19648

KSW 27

Za nami emocje związane z sobotnim KSW. Przeżywaliśmy to, jak zwykle zresztą, wespół w zespół. Tyle że przy błogosławionej pomocy zdobyczy XXI wieku. Czyli telefonów, internetów, skajpów i innych pay-per-wiów.

Mnie tym razem jakoś nikt specjalnie nie poruszył. Owszem, Khalidov ładnie załatwił niepokonanego dotąd Brazylijczyka, ale nie było w tym jakiejś nadzwyczajnej wirtuozerii, malowniczości czy dynamizmu. Ot, poleżeli, poleżeli, po czym Falcao zabębnił zdrową ręką o glebę. Czyli się poddał.

My Loving Father bardzo był rozczarowany wystąpieniem Pudziana, który prał się bezbarwnie, fizolsko i bez polotu. Mamedowi kibicował, owszem, ale – podobnie jak ja – nie piał z zachwytu. I tylko skomentował, w nawiązaniu do ostatnich przedeuroparlamentarnych wystąpień Adamka, że chyba nie będzie pary z nich.

Natomiast największym hitem KSW 27 było dla mnie odkrycie, że My Loving Mother jest wielką fanką Karoliny Kowalkiewicz. Jeśli wierzyć naocznym świadkom, oglądała całą walkę z ogromną uwagą oraz zaangażowaniem, pokrzykując i zagrzewając Karolę do walki.

Dumny jestem z takiej Matki.

 

mostasteless

Kiedym ze dwa roki temu* bawił w Polszcze, My Loving Mother ofiarowała mi paczuszkę specyfiku, który podobnież jest jakimś cudownym lekiem z bożej apteki. I regeneruje wątrobę lepiej od heparegenu. Dar przyjąłem, po czem na długie miesiące zakitrałem go w szafce z przyprawami.

A ponieważ coś mnie ostatnio niebezpiecznie i nader często zaczęło szpilować w prawym boku, tedy przewróciłem kuchnię do góry nogami i znalazłem. Ostropest. Przeterminowany, ale zawsze. Trzy dni się do niego modliłem, po czem, z pewną taką nieśmiałością zacząłem używać.

Doniesienia, że smakuje toto jak gnój spod smoka, tudzież zużyta ściółka ze stajni okazały się przesadzone, ale tylko trochę. Bardzo ładnie harmonizuje się wspomniany ostropest z serkiem waniliowym activia. I jakby pomaga. Gdyż szpiluje trochę mniej.

Nie pijcie, dzieciaki, okowity. I nie żryjcie koksu oraz spalaczy tłuszczu. Bo będziecie potem musiały wpylać te trociny.

Narka.

PicsArt_1400195765211* Nie znaczy to bynajmniej, że odwiedzam ukochaną Ojczyznę raz na dwa lata. Przeciwnie. Latam tam jak z pęcherzem, ze trzy razy w roku. Ale ostropesta pozyskałem tak jakoś kole 2012 roku.

 

dzień piękności (reaktywacja)

Przywróciłem dziś jakże doniosłą i potrzebną, choć mocno przykurzoną tradycję pod hasłem „Czwartek – Dzień Piękności”. Najstarsi Czytelnicy być może pamiętają te wszystkie hece towarzyszące moim polskim czwartkom sprzed ponad pół dekady. Polegało to wówczas, tak z grubsza, na porannym smażeniu się w solarium Bikini, po czem następował kilkugodzinny rajd po sklepach drogeryjnych oraz placówkach lumpeksowych.

W obecnej odsłonie wygląda to trochę inaczej. Albowiem nie chadzam ja już raczej do smażalni. Żeby nie skłamać, to podczas ostatniej, kwietniowej wizyty w Polszcze zrobiłem sobie podkład w postaci trzech sesji po osiem minut. W Bikini, a jakże. Ale potem to już na prawdziwym słońcu. Mieszkanie w tropikach zobowiązuje, ale również stwarza pewne nowe możliwości.

Nie jest ten proceder możliwy w ujęciu całorocznym, gdyż mamy tutaj, trwającą CZTERY MIECHY porę deszczową. Ale gdy już szaruga minie, to wtedy hulaj dusza. I pięć minut dziennie na balkonie pozwala się zesmażyć na skwarę.

Dzisiejszy Dzień Piękności polegał zatem na zmasowanej aplikacji zgromadzonych po szafach kosmetyków. A trochę się tego uzbierało. Po oddzieleniu ziarna od plew, zdecydowałem się na kurację złożoną z następujących substancji: Force Supreme czyli Deep Nutri-replenishing Care with Cedar Bud Extract and Pro-Xylane  od Biotherma, Platinum Men Recharge Serum Night  od Ireny, Hydra Energetic  z L’Oreala, Age Rescue  z Lab Series, Tiger Grass and Aloe Vera Maxi Revitalizer  z Dax Men, Lifting Radiance  od Sensai, Hydra Energetic Turbo Booster  z L’Oreala, Witamina E  (Ziaja) i na koniec rewelacyjny, kultowy Pietruszkowy pod oczy  (też Ziaja).

Oczywiście nie wszystkie na raz.

IMG_20140515_105328

będę dziadkiem

Nie jest to informacja stuprocentowo pewna, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć to raczej tak. Otóż chyba będę Dziadkiem. I to wielokrotnym. Ale od początku.

Zakusia osierociłem jakieś siedem lat temu, kiedym wyjeżdżał na inną półkulę. Trafił on pod opiekuńcze skrzydła Piotra K., któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję i tak dalej. Gdyśmy się rozstawali Zakuś miał niecały metr długości oraz nader wątłą konstrukcję cielesną. Teraz jest z niego taki kaban, że ledwo rozpoznałem. Gdyby nie buzia i oczki, to bym nie uwierzył, że to mój Syneczek. Który ostatnio podobnież dosyć skutecznie podziałał. I na świat, lada moment przyjdą małe Zakusiątka.

O przygodach Zakusia poczytać można sobie między innymi tu: 
http://www.ebooks43.pl/ksiazka,6,bazylek-daje-sobie-rade.htm

Jak również w książce papierowej pod tym samym tytułem.

Ewentualnie na blogu www.badmofuker.blog.pl. Od lutego 2003 do końca.

Miłej lektury.

Pozdro 600.

zakus2.jpg

śmieszne w ch.. (używając nomenklatury współczesnej)

Obejrzałem przed chwilą (w towarzystwie Rodziców niestety) Chylińską u Wojewódzkiego. Brzuch mnie rozbolał i szczękę mi zmarmurzyło, tak się przed nimi wstydziłem.
Jako świadkami tego rozpaczliwego widowiska.
Podobnież niejaka Luxuria Astaroth, swoimi wypowiedziami wbiła się niedawno troszkę pod poziom mułu. Chylińska od dzisiaj jest trzydzieści kilometrów głębiej. Bezpowrotnie.
Chociaż swego czasu byłem wielkim fanem jej talentu.
Dawno i nieprawda.

Jakieś sześć, siedem lat temu bawiłem z DJ-em nad Czochą. Jedliśmy właśnie obiad w jednym z nadjeziornych smażalnio – barów. Pomiędzy zupą a drugim daniem, w alejkę między domkami wtoczył się dziwny beczkowóz. Większość wczasowiczów w popłochu porzuciła kebaby i niedojedzone frytki. Myśmy jednakowoż, nieświadomi zagrożenia pozostali przy stoliku.

W pewnej chwili je*nął taki smród, że nam pozrywało chusteczki z głów. Blizny mnie się otworzyły i zaczęły bleknąć tatuaże. Ptaki zawracały w locie, ryby przewracały się do góry dnem, muchy padały w konwulsjach i chyba nawet rozpoczął się swoisty odpływ, gdyż natura wolała się cofnąć, zamiast zginąć w męczarniach.
Bo szambo akurat opróżniali, jak się wkrótce okazało.

Jedzenie wróciło na tacki.
Głowy nam urwało przy samych dupach.
Zmieniły nam się rysy twarzy.
Ale na ewakuację było za późno.
Stało się.

Te wspomnienia powracały dziś w pełnej krasie i całej rozciągłości, za każdym razem, kiedy rzeczona Artystka uchylała otwór gębowy.

I don’t want to live on this planet anymore.

pomarańcze i mandarynki, czyli o obyczajach ludów dzikich

W samo południe udałem się do ulubionej części gmaszyska, czyli do podziemnego basenu kąpielowego, gdzie w chwilach zwątpienia, smutku i żałości pływam sobie aż do mroczków oraz stanu przedzawałowego.

Kiedym we windzie przygotowywał się emocjonalnie na rychłe pełne zanurzenie, drzwi się na szóstym piętrze odemkły i do kabiny wkroczyły dwa chińskie podrostki spowite w ręczniczko – szlafroczki i obładowane dobrem wszelakim, czego początkowo nawet nie odnotowałem.

- Swimming? – spytałem głosem, którym można by oszraniać szampana.

- Not really – odparł chłopiec.

- Maybe sauna only – dokończyła dziewczynka.

- No to macie fuksa – mruknąłem z lekka już udobruchany. – Gdyż to jest basen jednoosobowy oraz prywatny.

Po czym, z czystej, reporterskiej ciekawości spojrzałem na naręcza przedmiotów dźwiganych przez wesołą gromadkę.

Dziewczynka, poza ręcznikiem i szamponem, miała przy sobie ajpada, dwa ogromne notesy, książkę, piórnik, siatkę pomarańczy, litrowego dra peppera, komórkę oraz nieznanego przeznaczenia pudełko plastikowe.

Chłopiec tulił do swej wątłej piersi: ajpada, dwie książki, banana, komórkę, średnie chipsy bekonowe oraz czekoladę karmelową z solą morską.

Czekoladę tę akurat znam dobrze, bo w pobliskim supermarkecie trwa właśnie uwalnianie zapasów przedświątecznych tego skądinąd wyśmienitego przysmaku. Znajoma, która w rzeczonym sklepie pracuje na kasie, powiedziała mi wczoraj, że w ciągu dwóch ostatnich dni wygonili tych czekolad ze cztery tony. Ale do rzeczy.

Początkowo myślałem, że może dzieciaki planują po tej saunie iść do koleżanki odrabiać lekcje. I że ten cały majdan na razie pozostawią w szatni. W wielkim byłem błędzie, gdyż malcy, prosto z korytarza, buch wbili od razu do paleniska.

Pływałem ze siedemdziesiąt minut. W tym czasie sauny nie opuszczał nikt. Przyznaję, że chwilowo wyobraźni mi nie starcza, by ogarnąć orgię smaków i innych doznań, które miejsce mieć musiały za drzwiami.

Ale w sumie, to kocham takie klimaty. I już nie wnikam, że po morderczym pływaniu, zwyczajowo dochodzę do siebie w przybytku, który mi gnojki dzisiaj bezczelnie zajęły.

Ha.

 

 

„…I want a hippopotamus for christmas…”

- Chciałbym dostać od Gwiazdorka nowego woka, dobry rondel do sosu i porządną wyciskarkę do czosnku – rzuciłem mimochodem podczas wieczornych manewrów kuchenno – salonowych.

- I może jeszcze fartuszek oraz pończoszki – skomentował Miłoszek.

- Co ty tam brzęczysz? – spytałem zaskoczony. – Masz jakiś problem?

- A idź ty! Aleś se prezenty zaordynował. Jak jakiś pedzio – doprecyzował Miłoszek.

- A co by było nie jak pedzio? – zaperzyłem się. – Sikiera rycerska?  Nóż przetrwania? Kastet?

- Weź nie błaznuj – skrzywił się Miłoszek. – Jest wiele męskich prezentów takich, jak na przykład…

- Dostaniesz i woka i sikierę rycerską – przerwała Karakaszanka.

To lubię.

 

o braciach mniejszych, dużo mniejszych…

Siódmy dzień grudnia. Minus sześć. Odczuwalna minus sto osiemdziesiąt. A chłopacy wciąż przylatują do baru. Ściślej rzecz ujmując – tkwią przy nim prawie bez przerwy. No, zjawiają się w kilkuminutowych odstępach. Od świtu do czarnej nocy.

O ile latem wpadali ze trzy razy dziennie na jednego szybkiego, to teraz oblężenie i kolejka do zakrętu. Wron się nie boją, mew się nie boją, tylko się przysysają i żłopią że aż gulgocze w paśniku.

Pojawiła się w związku z tym teoria, że może to nasze dokarmianie wcale nie jest aż takie roztropne i chwalebne, nieprawdaż. Jedno ze źródeł podaje co prawda, że kolibry w British Columbia aktywne są przez cały rok i w ogóle rokendrol.

Drugie z kolei utrzymuje, że od listopada w naturze jest coraz mniej napitku, toteż gościowie się gdzieś kitrają pod liściem i hibernują do wiosny. Wedle tej drugiej teorii, to niedobrze czynimy, gdyż zaburzamy naturalny rytm przyrody.

Jak ktoś się zna, niechaj się wypowie, dobra?

Nie chcielibyśmy bowiem strzelić takiego byka jak kilka lat temu, kiedy to, poniekąd za sprawą dokarmiania szopów, mieliśmy na rękach krew stu (niektórzy twierdzą, że nawet ze dwustu) czaplątek. O tym haniebnym procederze można przeczytać TUTAJ.

To na razie.

 

czosnek gate

- Dopinam w przyszłym tygodniu interes życia – oświadczył Miłoszek wczora z wieczora, odwiedziwszy nas z towarzyszeniem reklamówki – sztajmesówki wypełnionej płynami zdrowotnymi. – Wypijmy za przyszłość, gdyż niebawem będziemy multimiliarderami.

- Ja dziękuję – stanowczo oświadczyła Karaszanka, która do wszelkich form opilstwa ma stosunek wysoce niechętny.

- Ja też się wstrzymam – powiedziałem, choć nie jestem aż takim radykałem. Pokierował mną jednak chwilowo instynkt samozachowawczy.

- Boleję szczerze – stwierdził Miłoszek, po czym dobył butelki, przylał sobie i przemówił:

- Uwaga. Mam wieści przełomowe. Otóż nawiązałem współpracę z importerem czosnku.

- Super. To ja poproszę z pół kilo – wtrąciła się Karakaszanka. – Będzie aż do świąt.

- Dyletantko – żachnął się Miłoszek. – Zamilcz zanim skompromitujesz się do szczętu.

I korzystając z chwilowego osłupienia Karakaszanki kontynuował:

- 70 procent światowej produkcji czosnku to Chiny, nieprawdaż. No i nie wiedzieć kiedy, a cła przyjebali na ten czosnek jak za rodzoną matkę. I się z tego zrobiło dobrodziejstwo niczym ropa czy inny pluton. Doszło do tego, że lecą monstrualne dostawy czosnku pod przykrywką, że to jakaś cebula czy inna brukiew. A różnica w przebitce miliardkrotna. Stąd nie mogę odpalić transportów do Europy, ale wybrałem rozwiązanie pośrednie…

- Mogę ci coś przypomnieć? – wtrąciłem.

- Jeśli na temat – uprzejmie przystał Miłoszek, ale jakby nieco przybladł.

- Otóż w zeszłym roku pewien super zaufany informator i znawca rynków azjatyckich namawiał cię do inwestycji w kurczaki, tak?

- Ojej – burknął Miłoszek.

- …I potem prosiłeś mnie, bym ci pomógł zakontraktować w Polsce ile kurczaków? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy ton miesięcznie, dobrze pamiętam? A wiesz, że ja ciebie potraktowałem poważnie? Boś mi pierdolił za uszami, że to ma wyżywić pół Filipin, tak?

- Ty, ale na poważnie była taka gadka – zaperzył się Miłoszek. – Gościowie mówili, że oni wyłożą za ekspedycję, a ja mam załatwić podaż, bo Polska to niby taki mega producent mięsa…

- Ale wiesz, że planowałeś importować ĆWIERĆ MILIONA TON mięsa miesięcznie? Ogarniasz to?

- Weź się nie przypierdalaj, dobra? Obiecałeś mi pomóc, nie? – warknął Miłoszek.

- Bo się nie zastanawiałem, kurde – odparłem. – Nie policzyłem sobie tego. Dopiero mi potem zaprzyjaźniony marynarz oczy otworzył i uświadomił, że to by musiała zapierdalać tylko dla ciebie w tę i z powrotem cała flotylla. Pięć razy w tygodniu. A najlepiej siedem.

- Okej, wygłupiłem się – przyznał Miłoszek. – A ty też mogłeś mieć swój rozum i mnie jakoś przyhamować, nie? Taki jesteś przyjaciel? Ale nieważne. To jak, pomożecie mi z tym czosnkiem czy nie?

- Ja ci mogę pożyczyć parę reklamówek, bo mam pod zlewem spory zapas – wtrąciła Karakaszanka, jednak prawie natychmiast zamilkła, bo w Miłoszkowych oczach dało się dostrzec oznaki szaleństwa oraz jakby furii.

- Ale o co właściwie kaman? – spytałem rozbawiony.

- Słuchaj, nawiązałem kontakt z gościem, który sprowadza czosnek z Chin i mi go oferuje za 13 centów za funt – kontynuował Miłoszek. – I mam info, że w Ontario można to  na biegu pogonić za 45 centów, rozumiesz?

- Jakbyśmy tak przerzucili piętnaście tirów, to by wyszło po dwa tysiące dolarów – wtrąciła się Karakaszanka. – Minus transport to nam daje po jakieś dziewięć stów na głowę. Hmmm, kuszące.

- Naucz się liczyć, dziecinko. Poza tym ja nie mówię o detalu – kpiącym tonem odparł Miłoszek. – Stawiam na konkretne pierdolnięcie…

- Tak na wjazd proponuję dwieście pięćdziesiąt tysięcy ton… – nie wytrzymałem.

- Oboje jesteście beznadziejni – syknął Miłoszek. – Sabotażyści i defetyści. Ale nie ma sprawy. Możecie w to nie wchodzić, ale jeszcze gorzko zapłaczecie. Bo przy takim podejściu to będziecie do usranej śmierci klepać biedę i mieszkać w renatlu, ale ja nie zamierzam się na was oglądać i stać w miejscu…

- Chłopcze – warknąłem lekko już podenerwowany. – A od kiedy się z ciebie zrobił taki rekin biznesu, co?

- A ty jesteś już gruby jak Waldemar Kasta – wycedził Miłoszek, po czem chwycił kurtkę i wybiegł w mrok ulicy.

Takie to z nim interesy.

 

call of the Siouxs

Czas jakiś temu zarejestrowałem się w federalnym programie pod nazwą Career Builder. W związku z czym, okresowo przysyłają mi oni rozmaite propozycje pracy. Nie wiem, na czym budują skojarzenia mojej skromnej osoby z oferowanymi mi stanowiskami, w każdym razie otrzymałem m.in. zachętę do rozpoczęcia kariery jako ściągacz długów dla jednego z pomniejszych banków.

Ale to jeszcze nic, bo w zeszłym tygodniu zrobiło się nawet ciekawiej. Otóż, po przeanalizowaniu mojego dossier wraz z zamieszczonymi tam skillsami, informacjami o doświadczeniu zawodowym i tak dalej, zaproponowano mi pracę Meteorological Technician at Canadian Armed Forces. Zatkało mnie. A jeszcze bardziej mnie zatkało przy kolejnej ofercie wysłanej przez armię – Signals Officer.

Natomiast dziś z rana zapachniało Przygodą co się zowie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie poczułem północnego wiatru we włosach. A oczyma wyobraźni nie ujrzałem bezkresnej prerii, gdzie rosną tylko kolczaste opuncje. Zaś uszyma wyobraźni nie usłyszałem odległego tętentu dzikich koni… Ale do rzeczy.

Najnowsza oferta pracy nazywa się General Councelor at the First Nations Health Authority, ale to wszystko pryszcz, gdyż najważniejsza w tym wszystkim jest lokalizacja…

Sioux Lookout. Ontario. Teren zamieszkały aktualnie przez trzydzieści jeden plemion, z lekką jak gdyby dominacją Nishnawbe Aski Nation ( 
http://www.nan.on.ca
 ). Oni przynajmniej dostarczają lokalnych regulacji i stanowią superwajzing dla całego projektu.

Bardzo mnie ta historia zaaferowała, nieprawdaż. Bezzwłocznie wypełniłem więc aplikację, załączyłem załączniki, po czym drżącą ręką wysłałem wszystkie żądane dokumenty do stosownego Wodza. Nie sądzę, by odpowiedzieli. Raczej jestem skłonny uważać, że to podpucha, mająca na celu zbieranie danych osobowych. Bo powiedzmy sobie szczerze. Co ja mam wspólnego z takimi indianerskimi akcjami? Tyle samo co z drogimi samochodami. Czyli nic. Ale spróbować nie zawadzi.

Dla podgrzania atmosfery oraz zobrazowania grozy sytuacji prezentuję jeden z projektów medyczno – oświatowych, prowadzonych na terytorium plemienia Pikangikum przez Sioux Lookout First Nations Health Authority. Czyli mojego być może nowego pracodawcę. Ha.

Robi wrażenie.