::księga gości::

2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
jest dobrze, ale nie beznadziejnie

- Ale jesteśmy cipy, że się wyprowadziliśmy z West Endu – oświadczył Miłoszek, kiedyśmy się w słoneczny poranek przechadzali ulicą Denman, cośmy jeszcze nie tak dawno, jako swojaki wznosili tam antysamochodowe barykady.
- Trochę tak – zgodziłem się. – Ale powrócimy tu, gdy się nam skończy odsiadka w Chinatown – przyobiecałem na koniec.

A potem to już nastał Remembrance Day, który zapamiętamy na pewno. Bo, kiedyśmy z zapartym stolcem obserwowali pokazy w lataniu figurowym bombowcami, ktoś się nie bał i nam ukradł plecaczek. Zginęli dwa kaski oraz portfel Miłoszka Antyterrorysty. Na szczęście nic w nim nie było, bo Miłoszek ostatnimi czasy nic nie posiada. Ale liczy się pamięć.

Następnie śmy się udali do domu, gdzie usiłowałem przygotować kurczaka według przepisu Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Sraka, nic nie wyszło, kotlet z psa pomielony z budą. Może przez brak szyjek rakowych, które stanowiły oś przepisu. Nieważne. Spuściwszy kurczaka z falami gnojówki, udaliśmy się do dyżurnego chińskiego markietu, gdzieśmy wrąbali po porcji wołowiny słodko - kwaśnej. Też syf. Milion razy już sobie obiecywałem, że nie będę tego szajsu kupował.

Potem Karakaszanka z Miłoszkiem pojechali po jakieś kafelki, a ja sobie zapodałem perłę krajowej kinematografii zatytułowaną Zabij mnie glino. O ja pierniczę, ale to były czasy. Jaka technika, jaki sprzęt, jakie kreacje. Już prawie zapomniałem. Oczywiście, jako znawca filmów bandycko - napadalskich oraz najlepszy kolega antyterrorysty, natychmiast zauważyłem kilka rozkosznych kiksów.

Pierwszy nastąpił, gdy Boguś niechcący rozwalił Olgierda Łukaszewicza oraz Marię Pakulnis. I choć strzelał z pistoletu wyposażonego w dwumetrowy tłumik, to huk był jakby walił z haubicy samobieżnej paladin kaliber 155 mm.  
Z kolei podczas napadu na pociąg wszyscy bandyci zaopatrzeni byli w schmeissery, z których bez przerwy napierniczali bez opamiętania, chociaż nikt nie stawiał cienia oporu i w ogóle żadnych przeciwników nie było w promieniu kilometra. Pyszota.

A tak na marginesie, to ja się pytam, gdzie się podziała genialna artystka scen polskich Anna Romantowska, której znakiem rozpoznawczym było płakanie z równoczesnym ogłuszającym smarkaniem. Pamiętacie? W Zabij mnie glino smarkała tak donośnie, że musiałem wyłączyć dźwięk. Ale ogólnie film wypierdoza.

Potem tamci wrócili z kafelkami, a w międzyczasie nastał wieczór i znowu musiałem oglądać Hałsa. Już nie daję rady. Podczas siódmego z rzędu odcinka nie zdzierżyłem i przyciąłem komara, a następnie, na automatycznym pilocie teleportowałem się do łóżka.

Następnego dnia, kiedy ranne wstały zorze, udaliśmy się na osławioną giełdę staroci i osobliwości, która ostatnimi czasy stanowi jedyną moją radość i pociechę. Co prawda, nic sobie nie kupiliśmy (bo za wszy i pająki niewiele można kupić), ale i tak było fajnie. W tak zwanym międzyczasie ktoś nam stołował hondziaka. Oraz pińcet innych wozów zaparkowanych na pobliskiej łączce.

Wkrótce na placyku zmaterializowały się wszystkie ofiary tołownika-psychopaty i po krótkiej naradzie wesoła gromadka ruszyła na poszukiwania tołowniczego parkingu. Jakby tego było mało, kurewsko się rozpadało, więc dyndaliśmy w ulewnym deszczu, miotając pod nosem najstraszliwsze przekleństwa pod adresem systemu. A plucha była taka, że aż mi się buty rozeszły. I oczywiście zaziębiłem się koncertowo.

Ale nic to, bo po wielogodzinnej wędrówce, popołudniową porą dotarliśmy na koniec świata, gdzie, po krótkiej wymianie uprzejmości z zawiadowcą bazy, wykupiliśmy hondziaka za dziewięćdziesiąt osiem dolarów. Karakaskich, ale zawsze. Cudny dzień.

Nie wiem, czy w związku z opisanymi zdarzeniami, czy też bez związku, ale w okolicy pojawiły się małe dementorki. A z dementorkami jest jak z lwiątkami. Czyli tam, gdzie są małe, z czasem niechybnie pojawiają się duże. Muszę sprawdzić w skryjówie, jak się przedstawia sytuacja z Likarstwem. Bo się może przydać.

Wszystko.     


2009-11-12 02:38:37 skomentuj (48)
żarty się skończyły

Kto ogląda filmy bandycko napadalskie, ten wie, że gdy przychodzi bida, to się wzywa AT. Czyli antyterror. To teraz uważajcie wzywając AT, bo może przyjechać Miłoszek. I będzie niewesoło. Ale po kolei.


Jak wiadomo, zmagamy się tu z recesją, nędzą oraz bezrobociem. I musimy się imać najrozmaitszych zajęć, żeby tylko było co do garnka włożyć. Nawet – jak zapewne pamiętacie – bijemy i rabujemy Murzynów. Jednym słowem, mamy duże ciśnienie na robotę. Do rzeczy.

W sobotnie przedpołudnie Miłoszek udał się na giełdę staroci i osobliwości. Po drodze natknął się na obwieszczenie zapraszające wszystkich chętnych do punktu rekrutacyjnego w temacie roboty wokół przyszłorocznej Olimpiady. Gdzie go chycili i poddali testom, które podobnież zdał śpiewająco.

Potem – według Miłoszkowej relacji – nastąpiły rozmaite przesłuchania prowadzone przez psychologów, milicjantów, lekarzy i innych tajnos agentos. Jedno mnie tylko zastanawia, a mianowicie język, w jakim oni tam wszyscy rozmawiali. Bo, z tego co wiem, Miłoszek jest wyposażony w bardzo przetrwaniowy angielski. Tymczasem, na wskutek tych wszystkich testów i interwjów, dziadowi zaproponowali całkiem nienajgorszą pracę. Czyli znakiem tego jakoś się dogadał.

Następnie Miłoszka skierowano do sali wykładowej, gdzie odbyło się krótkie, sześciogodzinne zaznajomienie kandydatów w temacie bombiarstwa, broni długiej oraz krótkiej, gazów bojowych i innych ostrych narzędzi. Po części wykładowej odbył się równie krótki, dwugodzinny egzamin i tutaj również ten frędzel zdał na celujący z plusem.  


Po czym go pochwalili, poklepali po plecach, powiedzieli bravissimo i na koniec spytali, czy w to wchodzi. A że weszedł, to mu założyli teczkę, zdjęli paluchy, skserowali wszystkie dokumenty i kazali przyjść we czwartek na komendę. Na ćwiczenia. Płatne. Odlot.

Nie uwierzyłbym w całą tę akcję, ale na własne oczy widziałem kwity. Wszystkie. Wyniki testów, umowę, licencję, akredytację, rozkład jazdy oraz szkoleń, a nawet skierowanie do magazynu po odbiór munduru.


Też się chciałem na to załapać, ale jestem za stary.



2009-11-10 23:27:41 skomentuj (30)
no cześć

Ha, troszkę nie pisałem, ale to dlatego, że jakiś czas temu My Loving Mother przysłała mi siedemset dysków z przygodami Kruszona i reszty. No i musiałem przez to przejść.

Ech, stary się już robię i sentymentalny. A poza tym wypłukuję się powoli z Likarstwa i wracam do dawnej wrażliwości na piękno oraz proste, ludzkie sprawy. A że jestem powszechnie znanym szmirusem to już zupełnie inna sprawa. Ale do rzeczy.
Spłakałem się dwa razy, co przy stu czterdziestu odcinkach serialu nie jest jakimś osiągnięciem szczytowym. Ale się zdarzyło.

Pierwszy raz załkałem, gdy Kruszon zadzwonił do Aldony, by ją poinformować, że Agatka się znalazła.
Drugi raz żałość mną targnęła na samiutkim końcu, gdy Kruszon powiedział Fajne macie skarpetki. Dobrze, że akurat sam byłem w domu, bom się wytarzał haniebnie. I szlochem zaniósł strasznym.

A poza tym bardzo sprawne kino i dużo fajnych pysków.
Świetna rola Zenka Pereszczako.
I Pazura, o dziwo, jakiś taki niewkurwiający.
No i Pawełek, czyli Grant, czyli Piotrunio, ma się rozumieć.

Moją najnowszą narzeczoną niespodziewanie została, zupełnie mi dotąd nie znana, pierwsza żona Sznajdera.
Mam aktualnie dwie, bo jeszcze Cuddy. 

I ogólnie tak mi jakoś ten film zadziałał na wyobraźnię. Szczególnie jego wywiadowcza część. Właśnie miałem pisać dla pewnej gazety o takich czterech lokalnych nietykalnych gagatkach, ale chyba sobie odpuszczę.

Bo to nigdy nie wiadomo, z kim się tańczy.


  
 
2009-11-05 06:21:23 skomentuj (23)
wielka draka w chińskiej dzielnicy

Oj, się wpakowaliśmy wczora z wieczora. Ale po kolei.
Wyszliśmy właśnie z narady u Przekliniaka (który się okazał bardzo fajnym gościem) i Miłoszek zaproponował, żeby się jeszcze przed powrotem do domu wbić do slumsów na mały spacer. To się wbiliśmy i akurat tuż za winklem, przed siedzibą Salvation Army dostrzegliśmy kilometrową kolejkę bamów. Bo akurat wydzielali jakies talony na zupę albo inny zasiłek.

I wtem nagle w tej kolejce zaczęły się bić jakieś dwie baby. Ale tak się prały, że niech się schowa tajski boks, ustawki, klatki albo inne walki w kisielu. Gdybym był łowcą talentów, to bym im natychmiast zaproponował kontrakt w lidze zawodowej. Ale nie jestem, więc dla odmiany postanowiłem aparatem sony ha pięć wykonać kilka zdjęć.

I  kiedy właśnie z zadowoleniem oglądałem na monitorze efekty sesji, ktoś podszedł i mi niespodziewanie przyłożył z liścia w buzię. Wykrzywiając mi przy tym okulary. Ja jestem ogólnie niespotykanie spokojny człowiek, ale kiedy coś się dzieje z moimi brylami, to mi się włącza tryb kill’im. I generalnie dostaję małpiego rozumu, i pragnę krwi, i nie odpowiadam za siebie i w ogóle apocalypse now.

Więc się odwinąłem i w efekcie napastnik wykonał w powietrzu potrójne salto ze śrubą. A Miłoszek jeszcze poprawił z laczka. Koleś natychmiast zaczął udawać nieżywego, czyli zaległ na chodniku i głupkowato chichocząc, palił sobie papierosa. Na to wszystko przyjechał patrol lokalnej milicji i nas zatrzymał do wyjaśnienia.

Więc jednemu z milicjantów wyjaśniliśmy z grubsza przebieg zajścia, podczas gdy drugi postanowił się rozmówić z leżącym mężczyzną, podczas gdy trzeci udał się na drugą stronę ulicy do bijących się bab. Po czym nas spytali, czy się zgadzamy na dobrowolną rewizję, czy też wybieramy rozwiązanie alternatywne w postaci wizyty na komendzie.

To się zgodziliśmy na to pierwsze. Trochę nam nie pomógł fakt, że Miłoszek miał w kieszeni mikroślady marii, ja zaś kisiłem w wewnetrznej kieszeni puchacza czterysta dolarów w dwudziestkach. A warto zaznaczyć, że dwudziestki budzą u stróży prawa zasłużony niepokój, bo jest to w lokalnym narkobiznesie podstawowa jednostka rozrachunkowa. Wiem ze swoich źródeł.

Jako osobnicy kryształowo uczciwi i o nieposzlakowanej opinii, spokojnie wyjaśniliśmy milicjantom, że są to nic nie znaczące poszlaki, na dodatek fałszywe i bez związku ze sprawą. Bo Miłoszkowa kurtka w istocie pochodzi z lumpeksu i biorąc poprawkę na to zepsute miasto, miała prawo posiadać w kieszeni mikroślady zabronionej substancji. Oczywiście po poprzednim właścicielu.

Ja zaś przedstawiłem stosowne kwity na potwierdzenie faktu, że posiadane środki właśnie wypłaciłem z bankomatu jednego banku i akurat zamierzam je zdeponować w innym banku, a przenoszę je tak na piechotę, bo do tego pierwszego banku przychodzą mi płatności, a z tego drugiego banku ściągają mi raty za hondziaka. A międzybankowe przelewy internetowe niestety nie są praktykowane w tym dzikim kraju.

Nie za bardzo nam z początku uwierzyli, ale jeśli uważacie że następną noc spędziliśmy na zgnitym posłaniu w areszcie śledczym, to się grubo mylicie. Bo zatriumfowała sprawiedliwość. Bo przyszedł ten drugi policjant i oświadczył, że wszystko charaszo i że przeprowadzone czynności pozwoliły na ustalenie, iż zostaliśmy napadnięci i działaliśmy w obronie własnej.

A ten co się wywalił to po pierwsze miał przy sobie wór narkotyków, czyli nas przelicytował miliardkrotnie. A po drugie jest to powszechnie znany miglanc, diler, kombinator, złodziejaszek, cham, prostak i woda na młyn odwetowców. I jeszcze tak pozaprocesowo dodał ten drugi policjant, że za mało mu przywaliłem.

Po czym w trosce o własne, szeroko pojęte bezpieczeństwo, śmy się łaskawie zgodzili na wyeskortowanie nas z zaklętych rewirów, po czym poszliśmy do banku wpłacić te pieniądze, po czym zrobiliśmy zakupy, po czym przyszliśmy do domu, gdzie napisałem notkę tę.

Wszystko.
 


2009-10-29 20:15:07 skomentuj (46)
miłoszek posuwa dołki

- Jeżeli ktoś mówi, że Vansterdam jest najlepszym na świecie miejscem do życia, to albo tu nigdy nie był, albo był na tygodniowej wycieczce i mieszkał w Fairmoncie – stwierdził Miłoszek gorzko. – Ewentualnie ma na koncie pierdyliard dolarów i najlepiej się bawi w swoim towarzystwie – dokończył.
- Czy możesz jaśniej? – poprosiłem.
- To miasto jest do dupy – odparł Miłoszek. – Jest drętwe, chore, szpanerskie, niezorganizowane i wkurwiające…

- Wiesz, zawsze możesz wrócić do Miasta Glinoludów – doradziłem grzecznie.
- W Bolcu jestem trochę spalony – ze smutkiem stwierdził Miłoszek.
Ha, coś o tym wiem.
- Może ty masz jakiś problem z ludźmi – zaryzykowałem śmiałą tezę psychologiczną.
- Żartujesz sobie ze mnie? – żachnął się Miłoszek. – To ci ludzie maja ze sobą problem. Są chorzy, puści, nieprzyjaźni, durni, niezorganizowani i w ogóle.

Myślę, że trzeba jemu zadać prozaku.
 


2009-10-24 17:42:57 skomentuj (20)
ogłoszenie parafialne

Drugare,
Trochę się porobiło.
Przepraszam jako gospodarz.
Mamy pasożyta.
Trudny do leczenia.
Ustawa o Zdrowiu Psychicznym z 1994 niestety nie pozwala go rzucić w pasy ot tak.

Gadalim z ojcem jego.
Bo sam pacjent, wiadomo...
Nie wyszło to gadanie.
Wychowanie bezstresowe.
Mój Grzesiu? Nigdy w życiu...

Sądu się nie boi.
Lubi sądy.
Bywalec.

Coś uradzimy.


2009-10-20 18:32:04 skomentuj (28)
the doctors are in

Popołudniową porą Miłoszek zaległ na dywanie i zaczął straszliwie jęczeć. Rekonstrukcja zdarzeń wykazała, że godzinę wcześniej ten frędzel nabył w chińskim supermarkecie porcję sushi. I oczywiście zeżarł, choć podobno trochę już waliło starością.
- Szkoda że nie poszedłeś po sushi do Pakistańczyków – skwitowała Karakaszanka.
- Strasznie padał deszcz i tu miałem najbliżej – poinformował nas Miłoszek zbolałym głosem i po raz kolejny chwycił się za brzuch. – Ratujcie mnie, co tak stoicie? – wydusił z siebie, patrząc błagalnym wzrokiem.

- Cóż, na początek oczywiście M.R.I. – powiedziałem niespiesznie. – Oraz biopsja plus testy na H.T.L.V., A.T.L.V.  i  C.V.I.D. Sprawdzimy mu też H.V.A  i  V.M.A. w moczu.
- Zrobimy angiogram i potem wrzucimy go na I.V.I.G. – wtrąciła się Karakaszanka.
- Świetny pomysł – stwierdziłem. – I na koniec full body scan…

- Jesteście świnie – wyjęczał Miłoszek. – Jak się kiedyś czymś zatrujecie, to was tak samo załatwię. 
- A co ty taki nerwowy jesteś? – spytałem. – Władka się nażarłeś oprócz tego starego sushi? Nie bawisz się z nami w Hałsa? 
- Wy się bawicie, a ja umieram – wyszeptał Miłoszek i przymknął oczy.

Ale nie umarł, tylko wprowadziwszy trzy ranigasty, przekimał się kwadransik, po czym wstał i oświadczył:
- Powybijam jutro tych Chińczyków.
- Jakbyś tak chciał wybić wszystkich, to ci to trochę zajmie – trzeźwo zauważyła Karakaszanka. 

Właśnie.


 
2009-10-17 00:05:47 skomentuj (31)
w tym roku dziękczyniliśmy wyłącznie myślą i mową (a przede wszystkim zaniedbaniem)

Zrobiliśmy coś strasznego i bardzo niechamerykańskiego. Ale po kolei. W poniedziałek był Happy Thanksgiving Day, nieprawdaż. A my nic. Cała pachnąca żywicą Kanada żarła dwudziestokilowe indyki, sweet potatoes i te okruchy na mokro. Poza nami.  


Myśmy z Polonia Sausage House przytaszczyli siedem reklamówek polszczyzny, z której wykonaliśmy gar gołąbków oraz michę sałatki jarzynowej. Plus czternaście pęt kiełbasy (która już była częściowo wykonana). Bajka.


A w ramach organizacji strawy duchowej nabyliśmy telewizor (bośmy jeszcze nie mieli) oraz najmniejsze DVD na świecie (i przy okazji najtańsze). Plus pakę z pierwszym sezonem Hałsa.
Po obejrzeniu non stop dwunastu odcinków, odkryliśmy u siebie wszystkie zaprezentowane w serialu choroby. Wszyściutkie.

A może to te gołąbki. 



2009-10-16 02:16:46 skomentuj (18)
śpiewnik familijny

- Kompletnie zatraciliśmy tożsamość narodową – z goryczą oświadczył Miłoszek w sobotni poranek.
- Nie filozofuj, tylko zasuwaj do T&T po mleko – przerwała mu Karakaszanka.
- No, jest tak czy nie jest? – u mnie z kolei Miłoszek próbował znaleźć poparcie.
- Bluźnisz, chłopcze – odparłem wymijająco.

- Ja bluźnię? – oburzył się Miłoszek. – Gdzie jakiś Marszałek, gdzie godło, gdzie jakieś tradycje? Wszędzie tylko te krzaczki, swastyki i łapacze koszmarów.
- Synu małpy – przemówiłem łagodnie. – Ile razy tobie trzeba tłumaczyć to samo? Krzaczki są, bo mieszkamy w Chinatown, swastyki są buddyjskie, a łapacze to takie lokalne farfarelki, któreśmy sobie powiesili żeby był klimat.
- To nie zmienia faktu, że nas celowo odcinasz od korzeni – przypyszczył Miłoszek, który, jak wiadomo, zawsze musi mieć ostatnie słowo.

Przemilczałem ten chamski zarzut, a kwestię tę poddaję pod ocenę Szanownych Czytelników.
Oto playlista, którą młóciliśmy przez cały weekend:

Kwiat jednej nocy
– Alibabki

Będziesz mój
– Anna Jantar

Czy pani mieszka sama
– Jerzy Połomski

Batumi
– Filipinki

Wysokie płoty
– Trubadurzy

Sing Sing
– Maryla Rodowicz

Już nie ma dzikich plaż
– Irena Santor

Zenek blues
– Andrzej Rosiewicz

Przeżyłam z tobą tyle lat
– Krystyna Giżowska

Twoje oczy będę śnić
– Jan Wojdak & Wawele

Zimny drań
– Bohdan Łazuka

W białej ciszy powiek
– Bogusław Mec

Być kobietą
– Alicja Majewska

Przeklnę cię
– Irena Kwiatkowska

Do widzenia profesorze
– Filipinki

Biedroneczki są w kropeczki
– Kasia Sobczyk

Dozwolone od lat osiemnastu
– Czerwone Gitary

Rudy rydz
– Helena Majdaniec

Mężczyzna i łzy
– Gang Marcela

Moja droga ja cię kocham
– Zbigniew Wodecki

Matki żony i kochanki
– Anna Jurksztowicz

Do ciebie szłam
– Kalina Jędrusik

Pytasz mnie co ci dam
– Happy End

Bo z dziewczynami
– Jerzy Połomski & Alibabki

Przeleć mnie
– same Alibabki

Nie przynoś mi kwiatów dziewczyno
– Trubadurzy

Wszystko mi mówi
– Skaldowie

Z tobą chcę oglądać świat
– Zdzisława Sośnicka & Zbigniew Wodecki

I wiele, wiele innych.
 
Jak bum cyk cyk.
Ściągnąłem z berszera i graliśmy do upadłego.
 

A ten mi tu, że zatraciliśmy tożsamość.


 
2009-10-06 18:06:58 skomentuj (37)
masz mnie, wampirze (część druga)

...Potem trochę jakby ochłonąłem, ale walizeczkę profilaktycznie zostawiłem spakowaną. I postanowiłem się odstresować przy pomocy jakiegoś fajnego filmu. A fajnych filmów mam akurat kopę, bo przedwczora z wieczora pojechaliśmy do Polonia Sausage House po kiełbasę. I gdy Karakaszanka finalizowała transakcję, ja udałem się do kącika kulturalnego, gdzie sobie leżały różne fajne dodatki do kolorowych gazet. Głównie prehistoryczna krajowa kinematografia. Sprzedawczyni powiedziała, że można wziąć, to wziąłem.

Zacząłem od polskiego arcydzieła zatytułowanego Ostatnia Misja. O ja pierniczę. Na chuj się robi takie filmy? Ja czule pytam się, na chuj. Przecież to była katastrofa. I TAKA obsada w TAKIEJ kupie. No bo kogóż tam nie było? Wszyscy byli, może poza Bogusiem.

Potem poprawiłem klasykiem Chłopaki nie płaczą, bo nigdy wcześniej nie widziałem, autentycznie. Moim nowym idolem został Laska oraz jego życiowe poglądy. I w ogóle fajny chłopaczyna. Ale reszta do bani. Osłabiwszy się do końca, przerwałem ten maraton filmowy i zająłem się gospodarstwem.

Kole południa przestało padać i stwierdziłem, że trzeba odżyć i dla higieny psychicznej zmienić otoczenie. Więc się pięknie wystylizowałem i śmignąłem w miasto. W gumach Victorii i czerwonych glanach. Nie oszukujmy się – kiedy szłem ulicą, neony traciły swój blask. Wszystko traciło swój blask, bo jest to kreacja jedyna w galaktyce.

Na koniec spacerniaka zawędrowałem do HMV, ażeby sprawdzić, czy jest już taka jedna płyta, com ją zamówił dawno temu. Płyty nie było, za to jedna ze sprzedawczyń rozpłynęła się nad urodą moich kaloszków.
Wszystko fajnie, ale co z moim podaniem, które od trzech tygodni leży w HMV i czeka na rozpatrzenie?

Tyle. Teraz już Państwa pożegnam, bo po pierwsze mam pilną robotę, a po drugie czeka na mnie dysk z trzynastoma odcinkami przygód Kruszona oraz Różczki. Niby widziałem, ale nie pamiętam już, o co szło.

Wiem, że wystąpi też Grand, czyli Piotrunio, czyli Pawełek. 



 
2009-10-02 21:51:08 skomentuj (14)
masz mnie, wampirze*

Straszna to była noc. Dementorów całe watahy, a na dokładkę sny takie, że tylko się pokroić. Ale po kolei.

Najpierw byłem w takiej tajnej organizacji i dostałem za zadanie sypnąć pewnemu złoczyńcy, ale to miała być akcja w pełni konspiracyjna. Tak się świetnie zakonspirowałem, że zgubiłem drogę i w rezultacie koleś mi umknął. Dowódca stwierdził, że celowo spaprałem robotę i kazał mnie rozwalić. Więc musiałem zdezerterować.

Potem się okazało, że Karakaszanka jest w ciąży, Miłoszkowi amputowali nos, a ja miałem sumiaste, żółte wąsy. Całkowicie niezgalalne. Ledwie je obciąłem, wyrastały jeszcze większe…

Następnie popadłem w straszny dół, więc wziąłem i skoczyłem z dwudziestego trzeciego piętra. Przebiłem taki szklany daszek i wpadłem do basenu. Oczywiście zginąłem na miejscu. Potem usiadłem sobie na brzegu tego basenu i się załamałem, że co ja najlepszego zrobiłem. Siedziałem i myślałem o DJ-u, My Loving Parents, Karakaszance i o Bracie Moim. No, strasznie było przerąbane, a najgorsze, że nie wiedziałem, jak to wszystko odkręcić.

Zatopiony w smutnych myślach poszedłem do domu, a tam My Loving Mother dzwoni do mnie na skajpa i mówi, że w Bolcu policja odstrzeliła dwieście sześćdziesiąt trzy osoby uwikłane w rozmaitą przestępczość. W tym kilku moich bliskich znajomych. Oczywiście omyłkowo. To pojechałem do tego Bolca, chodziłem po mieście i szukałem pewnych nekrologów. Były. Gicio.

W tym momencie się obudziłem i poszedłem się napić. Za oknem panowała czarna noc, wszędzie latały strzygi i kłobuki, a każdy miał w rękach węże oraz mrówki. Chcąc przerwać tę farsę, zjadłem jedną niebieską tabletkę nasenną. Taka słabizna dla dzieci, którą kupiłem w dragstorze, gdy DJ jechał samolotem do Polski. Mówi, że nie zasnął. Ja też nie zdołałem. Więc się teleportowałem do dużego pokoju, gdzie w końcu mnie zmogło koło balkonu na dywanie.

Wtedy Mój Ukochany Dziadek (świeć, Panie, nad Jego sarmacką duszą) zamknął mnie w spiżarni na haczyk i zacząłem się dusić. A ponieważ nadal nie chciał mnie wypuścić, to wyszedłem przez takie małe okienko na garaże przy Mazowieckiej. Stamtąd się przedostałem do ogródków, gdzie napotkałem mówiącą sarenkę, która pomogła mi się przedostać do miasta… Ufff, dalej nie pamiętam. Może i dobrze.

Obudziłem się kole szóstej i stwierdziłem, że dosyć tego dobrego. Siadłem do kompa, ale nie czułem się najlepiej. Na to wszystko nadeszła Karakaszanka i powiedziała, że wszędzie już było trzęsienie ziemi, to i u nas pewnie niedługo będzie.
Tak mi mów. Od maleńkości mam psychozę napadową na tle apokalips, armagedonów, końców świata, wojen atomowych, kataklizmów i walnięć komety w Ziemię.

Więc się załamałem, autentycznie. I zacząłem pakować walizeczkę na wypadek, gdyby trzeba było spierniczać do jakiegoś schronu. Spakowałem dokumenty, dysk przenośny, scyzoryk makgajwera, moje ulubione biżuty, dużą paczkę aspiryny bez popitki, zapasowe okulary i klucze do hondziaka. Zostawiłem tylko miejsce na laptopa i ajpoda, żeby w razie czego szybko dopakować. Miałem jeszcze zabrać płyty Bitlów, ale się nie zmieściły. Boleję.
Autentyko, tak mnie opętało.

I wszystko mi się przewartościowało.

(c.d.n.)   



*
Doszedłem do wniosku, że tytuł notki niekoniecznie musi korespondować z treścią, za to powinien być nośny.



2009-10-02 02:00:55 skomentuj (5)
podkręć jak beckham

Miałem już nie młodzieżować, lecz raczej pisać o reumatyzmie, ale to już ostatniutki raz, dobrze?
Bo sobie niechcący kupiłem gumy by Victoria Beckham. Ale po kolei.

Nie chodziłem w gumach ze sto lat, ale tak mnie jakoś w zeszłym roku natchnęło, więc nabyłem parkę czarnych bezfirmowych (i jak się okazuje trochę szybkozniszczalnych). Bardzo mi w gumach ładnie, zgrabnie i tak dalej. A poza tym nikt mnie tutaj nie zna, toteż mogę fisiować do woli.
No, i te czarne właśnie mi się trochę podniszczyły, więc poszedłem do domu towarowego, ażeby sobie kupić nowe, tym razem trochę bardziej firmowe.

Oczywiście chłopskich gum się nie produkuje, więc mnie sprzedawca przekierował do działu babskiego. I zaczęło się wielkie przymierzanie. Długo trochę to trwało, bo strasznie przekombinowują z tymi dżinsami ostatnimi czasy.
Jedne były podarte, drugie poryrane Boschem, trzecie pochlapane olejną, czwarte z cekinami, piąte z malowidłami, szóste za ciasne w dupie, siódme za luźne w dupie, ósme znowu czymś stiuningowane, aż już zacząłem tracić nadzieję.

Aż tu wtem nagle sprzedawczyni znalazła jedne takie bez dziur, farby, brylancików i innych ozdób. Tośmy jeszcze tylko dobrali rozmiar, przymierzyłem, a że leżały bajecznie (jak to gumy), w podskokach udałem się do kasy.
Patrzę ja w domu na metkę, a tu portki Victoria Beckham. 

I to całkiem niedrogo.


 
2009-09-30 18:36:50 skomentuj (10)
soul singing

Przy niedzieli postanowiliśmy sobie wypłynąć na orki, które stacjonują całkiem niedaleczko stąd. W tym celu cała nasza ekipa przywdziała stroje Mars Napada, czyli dresy, kalesony, kufajki, puchacze, sztormiaki, polary, czapki uszanki, arafatki, szaliki oraz po sześć par rękawiczek.
 

W strojach Mars Napada przybyliśmy na nabrzeże w Steveston, gdzie się okazało, że przygotowujący wyprawę spec od logistyki (nie powiem kto) przeoczył jeden drobny szczegół. A mianowicie cenę biletu na kuter torpedowo - wielorybniczy, która to cena po zniżkach wynosi sto dwadzieścia pięć milionów dolarów od twarzy. Na takie dictum odstąpiliśmy od naszego planu i w milczeniu zawróciliśmy do domu.

Po czym w ramach rekompensaty moralnej za zmarnowany dzień wyruszyliśmy na niskobudżetową wycieczkę alternatywną do pięknego chińskiego miasta Richmond. Gdzieśmy się posnuli i pozwiedzali wszystkie okoliczne garage sales, by na wielki finał zajechać do buddyjskiego klasztoru, który przypadkiem wypatrzyliśmy na jednej z pobocznych ulic.

Nie podejmuję się tego opisać. Pod naporem klasztornych wrażeń wszyscyśmy upadli na twarz. A kiedy w charakterze gapiów przyszło nam jeszcze uczestniczyć w modłach, połamało nas do końca. 
- Moje życie jest błahe i nikczemne – stwierdziła Karakaszanka, kiedyśmy już wyszli na dziedziniec.
- Ja też się tu czuję jakiś gorszy – przyznałem.
- Straszną mają moc – przemówił Miłoszek, który wyjątkowo od piętnastu minut milczał. – To nie to samo, co u nas, że ksiądz coś pierdoli, a ty siedzisz, ziewasz i tylko sprawdzasz na komórce, ile jeszcze do końca. 

Trochę przesadził, ale w sumie to dotknął jądra.
 

  

2009-09-29 05:43:18 skomentuj (10)
bitle cztery - dodatki specjalne

W budce na babskim rynku przy Łokietka nabyłem pocztówkę dźwiękową (czerwoną) z Obladi Oblada. Drugim utworem na tej hmmm płycie był jakiś kawałek Skaldów. Takie miksy wtedy robili. Pocztówka prawie niegrająca, ale była.


Legendarna firma Tonpress wydała swego czasu dwusinglowy albumik z kilkoma hitami Beatlesów. Straszna kaszana, ale trzeba było mieć. Przepłaciłem strasznie.

Potem jeszcze Tonpress wydał singiel Wingsów With A Little Luck. Nabyłem oczywiście w szóstym obiegu. Transakcję sfinalizowałem podczas długiej przerwy i potem na fizyce oglądałem pod ławką, chociaż nic tam nie było do oglądania. Żółta koperta z dziurą i porysowana płytka. Przepłaciłem strasznie.

My Loving Parents udali się kiedyś Skodą 105L do Bułgarii, skąd mi przywieźli cztery megagigantyczne plakaty. Piękna malarska technika, szczytowe dokonania Waldemara Świerzego i Andrzeja Pągowskiego. Towar eksportowy. W Polsce naówczas nieosiągalne, za to w Burgas czy innych Złotych Piaskach – bez problemu, za grosze.


Na koniec zostawiłem sobie hiciora.
Telewizja Polska nadała kiedyś program rozrywkowy, w którym polskie, dramatyczne wersje bitlowych piosenek wykonywali tacy artyści jak Marian Kociniak (na mur), Bohdan Łazuka (chyba) i jeszcze paru Wielkich. Miazga. Szczuplutcy, w garniturkach, pląsali po studio i z playbacku śpiewali rzeczy straszne.
Pamiętam dwie piosenki – Can’t Buy Me Love oraz I Saw Her Standing There.

W pierwszej, główny wokal intonował Nie kupisz jej, a chórek dojękiwał Nie, nie… .  I jeszcze taki fragment tekstu pamiętam jak przez mgłę: I niechaj w banku żaden ktoś nie czeka na mój czek, nie, nie zapłacę, bo wiem, że nie mozna kupić jej
Drugi z wymienionych utworów posiadał frazę następującą: Wieczór tak mijał nam, odkąd ją ujrzałem tam, zakochałem się jak nigdy, nigdy jeszcze, o nie z inną już nie zatańczę, odkąd ją ujrzałem tam…
Potęga. Nic mną bardziej nie wstrząsnęło. No, może tylko Jan Suzin, który bezbarwnym, niskim głosem czytał ścieżkę dialogową do emitowanego przez TVP filmu Yellow Submarine.

I to już chyba wszystko.



 
     
2009-09-28 19:18:45 skomentuj (7)
bitle trzy

Moje zbieractwo płyt zaczęło się gdzieś tak kole szóstej albo siódmej klasy szkoły powszechnej i był to czas bardzo stresujący i napięty. Szczególnie dla My Loving Parents.
Ale po kolei.

Szedłem kiedyś z My Loving Mother oraz małoletnim braciszkiem ulicą Prusa i odruchowo wstąpiłem do komisu prowadzonego przez taką niegrzeczną babę. Tętno podniosło mi się do pięciuset, bo na półce stał Biały Album. Holenderskie wydanie, z plakatem i całą resztą, za dwa tysiące dwieście.

My Loving Mother specjalnie groszem nie śmierdziała, ale poradziła mi bym uderzył do Babci Łuci, która zawsze kisiła jakieś pieniądze w pudełku po bombonierce. Z Prusa na Mazowiecką jest niedaleko, więc po czterdziestu sekundach już piłowałem babciną czaszkę. Skutecznie nad wyraz, toteż po kolejnych czterdziestu sekundach byłem już z powrotem w komisie z forsą w garści. Matuś miła, to była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu.

Zabierałem potem ten Biały Album do Cioci M., która mieszkała w Chorzowie i posiadała gramofon stereofoniczny Daniel. Ależ to była uczta. Wszystkich zmuszałem do słuchania, a Wujka Antka dodatkowo do tłumaczenia tekstów. Ubzdurało mi się bowiem, że jest on wyposażony w język angielski. Wujek nie wyprowadzał mnie z błędu i teksty tłumaczył.

Był to jednak ten sam wujek, który w czasach szkolnych czytał na głos wypracowania z pustego zeszytu, mnie zaś karmił wspaniałymi bajkami czytanymi z odwróconej do góry nogami Boskiej Komedii w języku niemieckim. Nigdy się nie kapnąłem i dopiero po latach sprawa wyszła na jaw w rodzinnych wspominkach. Z tekstami Bitlów sprawa miała się podobnie, czyli była to czysta improwizacja i strumień świadomości. Słuchałem jednak urzeczony i robiłem notatki.

Jeden tylko moment mnie zmroził, kiedy wujek doszedł do osławionej piosenki Why don’t we do it in the road.
- Dlaczego nie zrobimy tego na szosie – przetłumaczył, wyjątkowo zgodnie z intencją twórców.
- Kriste Pane – pomyślałem zakłopotany – o czym ci Bitle śpiewają?
Na szczęście był to jedyny bulwersujący fragment.

Potem w tym samym komisie na Prusa kupiłem nowiutkiego Sierżanta Peppera. Jugotoński, ale w rozkładanej okładce. Tysiąc osiemset złotych, pozyskane również od Babci Łuci. Reszta procedur identyczna, jak w przypadku Białego Albumu.

Komis przeniósł się potem na ulicę Dzierżyńskiego, gdzie oczywiście również zachodziłem trzy razy dziennie. Dorwałem tam, za tysiąc sześćset złotych, francuskie wydanie Rubber Soul. Piękne, w lakierowanej okładce, za to z nieoryginalną etykietą na płycie. Zamiast czarnego znaczka Parlophone było tam zielone kółeczko z logiem Pathe Marconi. Ale nie ma sprawy.

Kiedyś, idąc na religię, kontrolnie wstąpiłem do komisu, a tam Beatles For Sale. Jugoton, pachnąca nóweczka, dwa tysiące trzysta. Oczywiście na żadną religię już nie poszedłem, tylko wróciłem na Spółkę, gdzie poczekałem aż My Loving Father zbudzi się z pokopalnianej drzemki, a potem poprosiłem go o pożyczkę. Trochę się usztywniał, ale oświadczyłem, że w komisie zostawiłem pod zastaw zegarek, bo ta pani nie wierzyła że wrócę i nie chciała mi płyty odłożyć.

Pod naporem takiego argumentu My Loving Father pożyczył mi kasę i miał ze mną spokój na jakieś dwa tygodnie.
Kiedy to kolega zaoferował mi niesamowicie dojechane With the Beatles. Na dodatek jugolskie. Za to tanio, bo tylko tysiąc czterysta. Po ostatnim zakupie i dwóch tysiącach trzysta, na zasadzie postępu w dobrą stronę, pozyskałem tę kwotę raczej bez trudu. Poza tym My Loving Parents pochwalali moją pasję, toteż byli wdzięcznym materiałem na sponsorów rosnącej kolekcji.

Mój przyjaciel Artur, jako osobnik bardziej zaradny, co niedzielę jeździł na giełdę do pałacyku, skąd przywoził niesamowite okazy (takie jak Help! czy A Hard Day’s Night), którymi pogrążał mnie w studziennej rozpaczy i zazdrości. Raz udało mi się wykonać manewr odwrotny, czyli połamać Artura.

A było to tak, że w sobotę udaliśmy się samochodem osobowym Skoda 105 L na zakupy do pobliskiego, osławionego trójmiasta Szprotawa – Żary – Żagań. My Loving Parents polowali na jakieś podstawowe artykuły żywieniowe, ja zaś snułem się po mieście. Wtem nagle, na wystawie sklepu z pościelą, firankami i kocami (sic!) moje chabrowe oczy dojrzały dwupłytowy album In The Beginning. Arcyrzadka sesja z 1961, kiedy to zespół The Beat Brothers akompaniował niejakiemu Tony Sheridanowi, szesnastemu płukaniu po Elvisie. Dopadłem My Loving Fathera w pobliskim sklepie mięsnym i w krótkich słowach wyłuszczyłem mu niesłychaną wyjątkowość sytuacji.

My Loving Father, będąc osobnikiem nad pojęcie kumatym, pognał ze mną do wspomnianego sklepu*, by po chwili wybecalować za wspomniany album bodajże dwa tysiące dwieście. Ale było warto. Dwupłytowy, wydany przez Polydor, nowiuśki i dziwnie, ale nader przyjemnie pachnący. Zapach ten utrzymywał się jeszcze przez prawie rok i nie kryję, że częściej płytę tę wąchałem, niż słuchałem.

Miałem już na czym słuchać, bo w międzyczasie pozyskałem monofoniczną obrabiarkę do płyt gramofonowych marki bodajże Unitra. Tragedia. Przykrywka była zarazem głośnikiem. Ale grało.  

Ale powróćmy do łamania Artura. Przez całą niedzielę znosiłem jajko i nigdy wcześniej nie zapruwałem tak do szkoły w poniedziałkowy poranek. Artur się jak na złość spóźnił, więc musiałem czekać do przerwy, kiedy to miał miejsce następujący dialog:
- Zgadnij co mam – zagaiłem.
- Jakaś podpowiedź? – poprosił Artur.
- Pierwsza płyta Bitlów – oświadczyłem wiedząc, że proces łamania dopiero się rozpoczyna.
- Please Please Me? – powiedział Artur zawiedziony. – Słabizna.
- Wcześniejsza – rzuciłem krótko.
- Masz Star Club? – ożywił się mój przyjaciel.
- Jeszcze wcześniejsza – odparłem z dziką satysfakcją.
Wszystko na ten temat. Artur na podłodze.
- Musisz mi wszystko opowiedzieć podczas lanczu – oznajmił i polecieliśmy na geografię.

Lancz to była ćwiartka chleba i żółta oranżada w tunelku obok sklepu spożywczego w bloku przy Łukasiewicza. Nic już potem nigdy tak nie smakowało. Uczta bogów. Zawsze na długiej przerwie. Celebra maksymalna.

I to już prawie koniec tej wyliczanki.
Please Please Me miałem kiedyś kupić za trzy i pół tysiąca od takiego jednego kombinatora z ogólniaka, ale My Loving Father, po rozpoznaniu sytuacji orzekł, że się nie pyli. I oprotestował.
Help! ani A Hard Day’s Night nie miałem.
Revolveru nawet nigdy nie spotkałem na swej kolekcjonerskiej drodze.
Abbey Road kupiłem wiele lat później na Bazarze Jeleniogórskim. Tysiąc pięćset złotych, oryginał, ale dojechany haniebnie.
Let It Be nigdy nie miałem. Miała jedna dziewuszka na ulicy Buczka, ale nie chciała opchnąć. A nawet gdyby chciała, to Artur był pierwszy w kolejce, bo się z dziewuszką przemyślnie zaprzyjaźnił.
Wszystko na ten temat.

Jak coś jeszcze sobie przypomnę, to oczywiście doniosę.








* T
o były przedziwne czasy. Przejściówka między komuną a prywaciarską wolną amerykanką. Jak kto coś fajnego pozyskał albo przywiózł z zagranicy, to albo oddawał do komisu, albo wystawiał u znajomego na wystawie. Branża i asortyment dowolne. Płyty, czyste kasety, szampony zielone jabłuszko, czekolady i inne skarby trafiały na witryny spożywczaków, pasmanterii, sklepów z firankami i innych buticzków.
 


2009-09-25 19:56:45 skomentuj (9)
I'm on my 30 days diet (so far I've lost 10 days)

Ponieważ gastrofaza zostawia ślady jak sanek płoza, zaczęliśmy z Miłoszkiem ślady te usuwać przy pomocy chodzenia do fitness klubu, który się mieści na trzecim piętrze naszej kamienicy. I pływamy po sto basenów dziennie. A basen u nas bolszy, po horyzont. Straszna orka, ale trzeba. 
 

Oczywiście z Miłoszkiem pójść na basen to nie jest taka prosta sprawa. A to woda za zimna. A to musi pływać w masce do nurkowania, bo mu się woda nalewa. A to w masce za duży opór i za wolno się płynie. A to za dużo chloru. Same problemy. Poza tym już trzy razy dostaliśmy opiernicz od Landlorda za plucie do basenu. Bo nas widzi na kamerce i ciągle przychodzi i się rzuca.  

No, ale jak tu nie pluć, jak ta woda taka niedobra…


 
2009-09-24 03:40:15 skomentuj (18)
wypowiadam się w temacie tak zwanego kradziejstwa

Sprawa jest niejednoznaczna, nie dwu i nie trzy.
Nie będę teoretyzował, tylko powiem, jak jest. Kraść nie wolno i koniec. Ale w przeszłości kradłem. Nieodpłatnie pozyskiwałem pieśni, których sobie nie mogłem kupić. Z różnych względów. Technicznych albo finansowych. Ale po kolei.

Najpierw nagrywałem z radia. Okradałem wtedy Bitlów? No, w sumie okradałem. Przypuszczam, że nie dostali nic od Trójki za puszczanie ich płyt. A ja nagrałem zamiast pójść do sklepu, kupić winyla i tym samym wrzucić im do portfonetki kilka dolarów. No, ale nie było w sklepach.

Potem przegrywałem od kolegów. Najpierw od Jarka Ż., z finezji na finezję (to był taki magnetofon, który kupiła mi Babcia). Okradałem tym samym Krokusy, Dżudas Pristy i inne Ajrony? No, okradałem. Bo nie poszedłem do sklepu i tak dalej. No, ale w sklepie przeca nie było. To miałem nie słuchać wcale? Przecież sami chcieli, żebym ich słuchał...

Potem ściągałem z wrzuty albo z wczesnego polskiego berszera, który funkcjonował bez trzymanki. Okradłem tych wszystkich piosenkarzy? Okradłem jak w pysk. Ale ja tak bardzo kocham muzę i tak bardzo chciałem mieć w kolekcji kilkaset płyt… No, jest to jakaś romantyczna logika? Jest.

Potem Miłoszek pokazał mi wypalanie na kompie i w ten sposób dostarczył mi dziesiątki Kyussów, Pustynnych Sesji, Radioheadów i innych Mondo Generatorów. Ja nie miałem kompa, a Miłoszek miał. I pożyczał od takiego Janka oryginały, a ja przynosiłem czyste płyty. I tak miesiącami.

Pewnie, że kocham też oryginalny kompakt i pachnącą książeczkę. Każdy gupi kocha. Kupiłem tyle oryginałów, ile mogłem. Czy ich sprzedaż w sklepie u Mietka, Zenka, na giełdzie w Pałacyku albo na Allegro zasiliła kieszeń Artysty? Przypuszczam, że wątpię.
Ale zakup oryginałki to hołd dla Artysty. Mam na oryginałach Warchlaki, Milesa, Eels, Qotsa, Bitlów, Armię i Screaming Trees. Inaczej się nie godzi. Oryginał albo wcale. Ale to już takie moje prywatne fisie i żadnej reguły to bynajmniej nie tworzy.

Teraz mieszkam w kraju, gdzie kraść nie mogę i wcale nie chcę. Wrzuta mi w tym kraju działa tak, że ściągana piosenka się przenosi do biblioteki Windows Media Playera. I mogę se jej słuchać do zrzygania, ale nie wypalę kompaktu, ani nie przeniosę na ajpoda ani zenka. Nigdzie nie przeniosę.

Mam też Bear Share Pro, który za kilka dolarów daje mi dostęp do stu miliardów płyt, o których nawet nie wiedziałem i nawet nie marzyłem. Mogę je skitrać na twardym i cieszyć ucho albo nawet oba ucha. Ale nie skopiuję na ajpoda ani CD. Skutkuje to tym, że jak już coś pokocham totalnie, to idę do HMV i kupuję oryginał. Dopiero wtedy mogę se to zabrać na rower albo wysłać dziecku. Inaczej nie da rady. I to jest uczciwe postawienie sprawy. I to jest rozwiązanie idealne.

Ja sobie źle zrobiłem partycje i teraz na kompie mogie trzymać ze pięćdziesiąt albumów maksymalnie. Więc ściągam z tego berszera pro i nie czuję się źle, bo płacę. Potem się napawam albo nie, wywalam z dysku albo nie, idę do sklepu albo nie.
Kupię sobie nowego Cornella, kupię Jana Lundgrena oraz Lanegana z Campbell. Kupiłem ostatnio ze dwa albumy Faith No More i jednego Jamiroquaia. Bo żyć bez nich nie mogę i muszę mieć na własność oraz na każde żądanie. Innych chwilowo nie muszę.

Wczora z wieczora, dzięki pomocy Mojego Przyjaciela ściągnąłem z jakiegoś rapida (nadal nie wiem, o co w tym chodzi) dwa strumienie z koncertem Beatlesów sprzed miliona lat. Kupiłbym, Bóg mi świadkiem, kupiłbym to za pieniądze. Ale nie sprzedają. To okradłem tych Bitlów wczora, czy nie okradłem?

Wiadomy Kazik pomstuje na ściągaczy i mówi, że tylko kurwa się schyla po kradzione, a kto kupuje od złodzieja ten chuj i niech wypierdala. Niby zgoda. Ale te kurwy i chuje robią to przeca ze szczerej i niekłamanej miłości do Kazimierza. Tak czy nie? Gdyby nie pragnęli jego piosenek jak kania dżdżu, to by się nawet nie zainteresowali. Sorkens, ale to jest właśnie idea bycia Artystą. Forsiaki ze sztuki nie zawsze są, a łzy wzruszenia tych Państwa powinny być najlepszą zapłatą.

Też jestem poniekąd Artystą, czyli publikującym pisarczykiem. Nie zarobiłem na tym nawet na sól do kwaśnego mleka. Bo mie wydawcy trochę nakłamali, a publika nie zawsze idzie do księgarni. Bo ściaga z Internetu, albo pożycza od kolegów, albo bierze z biblioteki. Ale już się do tej myśli przyzwyczaiłem. Moje strofy wytwarzam i zamieszczam (z rozkoszą) w miejscach nieszczelnych i o czym tu jeszcze gadać…

Na koniec pogląd ryzykowny i niepraworządny. Artysta jest od malowania, pisania, rzeźbienia, grania i śpiewania jak dupa od srania. Tak se umyślił, tak zrobił, tworzy, nagrywa, wydaje. Potem jeździ po hotelach, bawi się, raduje i weseli. Potem wychodzi na scenę, gdzie robi to, co kocha, a na dodatek gila go umiłowanie tysięcy fanów, co razem z nim zapierdalają wszystkie refreny. Potem mu w empikach i innych radiach ciągle mówią, jaki to jest świetny i utalentowany. Piniondze jakieś z tego ma, do huty nie pocina, za to się pławi w glorii chwały.

Za to wszystko muszą być jakieś niewygody. Jedną z nich jest kradziejstwo umiłowanych piosenek Artysty. Lud miłuje, więc pragnie, więc ściąga albo kopiuje na komputerze. Płody każdego Artysty są niestety łatwo ukradalne. Tak było, jest i będzie. Tak długo jak funkcjonuje net, kolorowe ksero, czyste płyty i reprodukcje do wieszania nad łóżkiem.   
 

Ale kraść nie wolno.
Bezapelacyjnie.
Nie wolno i już.


 
2009-09-22 19:52:46 skomentuj (16)
leningrad cowboys idą do wesołego miasteczka

A było to tak, żeśmy sobie przy niedzieli poszli do wesołego miasteczka. Bo ileż można tak się tylko trapić i trapić. A wesołe miasteczko mamy niczegowate. Tośmy poszli.
Tyle że poprzedniego dnia, przy sobocie trochęśmy zabradziażyli, a konkretnie nawąchali się plastykowych kwiatów. Toteż nie wszyscy się czuli dobrze. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Przybywszy na miejsce, uzyskaliśmy małą zniżkę dla seniorów i się zaczęło. Ja robiłem za przewodnika oraz wodzireja, bo żem już to miasteczko zaliczył w sierpniu z DJ-em. Pozostali, czyli Karakaszanka oraz Miłoszek tylko popatrywali z niepokojem na kostery, wyrzutnie i inne diabelskie karuzele.
- Mnie trochę mdli – oświadczył Miłoszek na samym wstępie.
- Przecież jeszcze na niczym jechałeś – zdziwiłem się.
- Mdli mnie na samą myśl – doinformował mnie Miłoszek.

A potem, na dobry początek wysadziliśmy się w powietrze na Hellevatorze. Miłoszek się wysadzał z zamkniętymi oczami, bo, jak stwierdził, nie da rady z otwartymi. Cienias. DJ, dla porównania, wysadził się cztery razy, na cztery strony świata. I chciał jeszcze.

Potem poszliśmy na Statek Piracki, gdzie Karakaszanka stwierdziła, że to jakiś orgazmatron. I nie chciała zsiadać. Zsiadła dopiero wtedy, gdy obiecaliśmy jej kolejną przejażdżkę za pięć minut. Miłoszek wcale nie uważał, że statek to orgazmatron, za to zsiadł seledynowy i oświadczył, że teraz to już na mur będzie rzygał.

Następnie karnęliśmy się kosterem, który ma już pięćdziesiąt lat i nigdy nie był modernizowany. To się dało odczuć, więc zeszliśmy z niego strasznie pokiereszowani, że wspomnę tylko szereg krwawych podbiegów na karakaszankowych odnóżach. Też się trochę potłukłem, ale to nic przy Miłoszku, który zsiadł seledynowy i oświadczył, że nie może chodzić, a poza tym teraz to już na mur będzie rzygał.

W dalszej kolejności Karakaszanka fundnęła mi seryjkę strzałów na strzelnicy kombojskiej. Ha. W tej akurat dziedzinie, to po mnie nie trzeba poprawiać. Piętnaście strzałów i tyleż trafień.
Po strzelnicy zasiedliśmy na ławce, aby się uraczyć japkiem w lukrze. Podczas konsumpcji snuliśmy wspominki o starych czasach, kiedyśmy u Króla Puszczy strzelali do puszek oraz innych obiektów nieożywionych. Haniebnie się uprzednio upiwszy...

Potem Karakaszanka chciała na ścianę wspinaczkową.
Ale nie poszła, bo w międzyczasie wypatrzyliśmy taką karuzelkę podniebną, z której parę minut później Miłoszek wyszedł seledynowy i oświadczył, że teraz to już na mur będzie rzygał.

Prawie na sam koniec udaliśmy się na takie coś, którego nazwy nie pamiętam, ale to była taka ławeczka, która się kręciła dookoła własnej osi. Oczywiście razem z ludźmi. Ja oraz Karakaszanka byliśmy wniebowzięci. Stwierdziliśmy, że testy dla kosmonautów się chowają.
- Kurwa, wszystko przez was – przerwał nam oburzony głos Miłoszka.
- Co znowu, sieroto? – spytała Karakaszanka. – Znów będziesz rzygał?
- Tym razem to już na mur – odpowiedział seledynowy Miłoszek. – A poza tym, jak tak się kręciło, to mi wyleciały okulary i portfel z kieszeni.

Z pomocą kobiecinki obsługującej kręciołka wszedłem pod pokład maszyny i znalazłem ciemniaki oraz portfel Miłoszka.
- Ja już na niczym nie jeżdżę – oświadczył Miłoszek, odbierając ode mnie swoje fanty. – Co za pomysł, żeby stare konie przychodziły na wesołe miasteczko…
Zostawiliśmy go więc na murku, sami zaś udaliśmy się kolejno na: samolociki, diabelski młyn, jeszcze raz hellevator i jeszcze raz drewniany koster, by zakończyć z fasonem w łódce, która spadała w przepaść, przy okazji ochlapując wszystkich pasażerów od stóp do głów.

Fajny dzień.
Niedługo znów sobie pójdziemy.
 

  

2009-09-22 04:16:10 skomentuj (8)
bitle dwa

Miesiące mijały, a moja pasja rozwijała się i z wolna docierała do granic obłędu. Będąc chłopczyną całkowicie owładniętym bitlowym szaleństwem, wyprawiałem rzeczy nierozważne i nierozsądne. Delikatnie rzecz ujmując.
I tak, bawiąc na wczasach rodzinnych w Jastarni czy innej Juracie, wykupiłem wszystkie wisiorki, przypinki oraz obrazeczki, które znajdowały się w ofercie okolicznych sklepów pamiątkarskich.

Wkrótce doniesienia o mojej dolegliwości obiegły całe miasto i żerować na mnie zaczęli rozmaici kombinatorzy. Pamiętam, że w niedzielne popołudnia nachodził mnie niejaki Ucho, który w domowej łazience chałupniczo produkował odbitki zdjęć pozyskiwanych z pism typu Bravo albo Popcorn. I potem mi te fotki sprzedawał za ciężkie pieniądze.

Założyłem też sobie specjalny zeszyt (96-kartkowy w kratkę), do którego wklejałem wycinki i artykuły oraz oczywiście zdjęcia od Ucha. Na końcu zeszytu, w specjalne tabelki wpisywałem tytuły piosenek, oczywiście fonetycznie…
Mam nadzieję, że wspomniany album nie spoczywa gdzieś w rodzinnych archiwach, bo obciach byłby to kosmiczny, gdyby wnuki kiedyś znalazły.

W piątki wychodziło Razem oraz Dziennik Ludowy, które to, jakże kultowe magazyny w pewnym momencie zaczęły zamieszczać gigantyczne plakaty z Bitlami. W takie specjalne dni opuszczałem jedno ZPT i ustawiałem się w kolejce do kiosku przy ulicy Cichej. Amok.

Zdjęcia Bitlów pozyskiwałem też z zasobów szkolnej czytelni, co było zachowaniem wybitnie nagannym, toteż nie mam pretensji do kochanej skądinąd Pani Bibliotekarki, która przyłapawszy mnie na gorącym uczynku, opierdoliła mnie straszliwie, po czym przekazała do dyspozycji wychowawcy.  

Kole siódmej klasy moją pasję do Bitlów zaczął podzielać Artur S., z którym siedziałem w ławce. To zapoczątkowało nową, niesamowitą erę w moich dziejach. Pokrótce odniosłem się do tych wspaniałych czasów w takim opowiadanku .

A potem to zacząłem zbierać płyty. Adapteru, co prawda, nie miałem, ale przecież płyt nie zbiera się po to, żeby słuchać, lecz po to, by mieć, nieprawdaż.

(c.d.n.)



2009-09-20 19:16:45 skomentuj (11)
bitle raz

Konsorcjum sztuki niebanalnej pod dowództwem Paula McCartneya postanowiło zarobić kolejny tryliard dolarów i tak, dziewiątego września ukazały się remastery wszystkich płyt The Beatles. Zrobili robotę, nie ma o czym gadać. Dla fanów wielka fiesta i wydarzenie.
W związku z tym - czy się to Szanownym Czytelnikom podoba, czy też nie – postanowiłem się z Szanownymi Czytelnikami podzielić garścią moich fanowskich wspomnień. Będzie kombatanctwo, nuda i dłużyzny, dlatego pochlastamy to na odcinki, dobra? Jadziem.

Zaczęło się kiedym był w piątej albo szóstej klasie szkoły powszechnej numer dwa w BC. Wtedy to My Loving Father, za namową Pana Mariana nabył magnetofon szpulowy ZK 140T. Czterościeżkowy, full wypas, pięćdziesiąt kilo żywej wagi. Bez szpuli licząc.
W tamtych chmurnych czasach, poza radiem nie istniały żadne źródła muzyki, toteż My Loving Father chodził do Pana Mariana (który mieszkał w wieżowcu naprzeciwko) i sobie od niego hurtowo odgrywał rozmaite fajne piosenki.
Pamiętam klimaty typu Joe Dasin, Demis Roussos czy inne Manhattan Transfery. Pośród tych wszystkich wielogodzinnych playlist znajdowało się sześć piosenek fajnego, żwawego zespołu. My Loving Father powiedział, że to jest The Beatles, najlepszy zespół na świecie. I się zaczęło.

Jaki czas później radiowa Dwójka zaczęła w każdą niedzielę nadawać pół płyty Bitlów. O jakiejś poronionej porze typu trzynasta trzydzieści. Kiedy to – będąc grzecznym chłopcem – musiałem brać udział w niedzielnych wycieczkach samochodowych (samochodem turkusowy maluch) za miasto. Wkurwiony byłem jak nie wiem co, ale jeździłem. Na szczęście nie w każdą niedzielę Tatowi się chciało, toteż kilka piosenek połapałem. 

Na tego szpulaka to się w ogóle genialnie nagrywało, bo kabel czasami nie stykał i poziom nagrania spadał prawie do zera. Więc trzeba było siedzieć przy magnecie i pilnować. Jak nie ja to My Loving Mother. Pamiętam jej głos dobiegający (nie raz, nie dwa i nie sto) z dużego pokoju: - Jacuś, Jacuś, przestało się ruszać.
Ruszać powinna się taka strzałeczka pokazująca głośność zapisu, a jak się przestawała ruszać, to trza było docisnąć kabel. Ale pół piosenki już było w pizdu. Taki los.

Jeszcze potem powtarzali tę dyskografię w niedziele przed północą, ale to już było kompletne bezszansie, bo radio stało w dużym pokoju, gdzie spali Rodzice, a My Loving Father wstawał o czwartej, żeby pojechać do kopalni. Wszystko na ten temat. Słuchawek w tamtych czasach nie było, więc siedziałem tylko w ciemności przy głośniku, słuchałem na super ściszonym dźwięku i się skręcałem. Jakaś patologia.

W pewnym momencie My Loving Father nie zdzierżył i dał mi to radio do mojego pokoju. Ale wtedy to już dyskografia dochodziła właśnie do przedostatniej płyty, więc też za wiele nie ponagrywałem.

(c.d.n.)


 
2009-09-18 20:34:39 skomentuj (14)
są nowiny

Po powrocie z Karakas, DJ-a porwał w Polszcze wir nowych wydarzeń. Nowa uczelnia, nowi ludzie, wszystko od początku, jak stwierdził. Wczoraj doniósł nam drogą skajpową o obchodach dnia kota. Ale po kolei.

Dzień wcześniej DJ nawiedził dom My Loving Parents z prośbą o pomoc w skompletowaniu stroju chłopa.
My Loving Father, nieświadomy przeznaczenia stroju chłopa, użyczył DJ-owi kilku fragmentów swojej garderoby, w tym niedzielnego, nowiutkiego kaszkietu, co go nawiasem mówiąc dostał ode mnie. Czapka przebyła długą drogę, bom ją nabył aż w Ottawie, po czym przewiozłem do Krakozji i sprezentowałem najlepszemu z ojców. Nieważne.

DJ przebrał się za chłopa i poszedł do szkoły. Gdzie go, w ramach inicjacji, obsypali mąką i obrzucili jajkami. Plus malowanie po buzi niezmazywalnymi pisakami oraz granie na szyi w kółko i krzyżyk. Że nie wspomnę o innych atrakcjach typu zjadanie serka topionego z nogi Neptuna. Plus oczywiście specjał dnia, czyli zupka (woda z ogórków, wędzona makrela, sól, pieprz, papryka) oraz kanapeczka (śledź, keczup, pasta do zębów i bita śmietana).
- Zrzygałem się dopiero przy kanapce – zeznał DJ. Ale ogólnie był zachwycony. No i bardzo dobrze.

A tak prawie od tematu dodam, że w Costco koło naszego bloku zaczęli już sprzedawać choinki, bombki, łańcuchy i inne światełka. Światełka najgorsze. Czuję, że do świąt muszę porządnie rozkręcić Likarstwo. 

Bo może być krucho.


  
2009-09-17 16:08:45 skomentuj (9)
happy hour

Skończył mi się Pamiętnik jasnowidza, skończył się Zew Ktulu, wszystko mi się pokończyło. A te gazety od My Loving Mother to przeca same farmazony. Postanowiłem więc pooglądać sobie krajową telewizję, com się w związku z jej odkryciem w necie tak ucieszył swego czasu.

Niestety, TVP.pl napisało mi, że w związku z procedurami licencyjnymi, nie można tego oglądać w twoim kraju. Czyli tu. Internetowy TVN ujął to inaczej, ale też wyszło na to, że nie mogę ich programów ściągać w moim kraju. Chociaż wysłałem nietaniego esemesa inicjacyjnego.

Tylko ipla mi tu hula niezawodnie. No, ale co ja mam w tej ipli oglądać. Pięć sezonów Fali Zbrodni przemłóciłem już przecież cztery razy. Potem, przez sentyment do Pana Sławka, usiłowałem prześledzić przygody Malanowskiego i Partnerów. Niestety porżnąłem się przy drugim odcinku.

W zaistniałej sytuacji, przez sentyment dla Bogusia, sięgnąłem po wspaniały serial zatytułowany Kto tu rządzi. Niby prehistoryczny, ale nigdy nie widziałem, a mówili, że ładny.
W tym wypadku nie miałem nawet siły żeby się porżnąć, bo mi z wrażenia witki opadły do samej ziemi. Co to, kurwa, jest? Dlaczego? Wszyscy mnie tam położyli na łopatki. I Bogusław, i Foremniak, i ta babcia, i te dzieci… Bez komentarza, dobra?

Na koniec się połasiłem na program rozrywkowy Happy Hour. Jezu słodki, wymiękłem w pierwszych piętnastu minutach. Zalosował mi się taki odcinek z Kajahem uchwyconym ukrytą kamerą w Dolomitach, gdzie się Kajah udał na narty z Bułeczką. Potem się dowiedziałem, co tam nowego u Joli Rutowicz oraz u Skrzyneczki. A potem to już się poddałem i wylogowałem.

Musi już być ten koniec świata.
 

   

2009-09-13 01:13:23 skomentuj (14)
jestem z...

Chciałbym poddać pod społeczną dyskusję pewien motyw, jaki zasłyszałem dziś w miejscu publicznym. A było to tak.

Przy ulicy Davie mieści się sklepiczek pod nazwą Rock Vintage. Mekka dla wszystkich lekko przeterminowanych strojnisiów. Czego tam nie ma… Skóry, kombojki, glany najrozmaitszych rodzajów, różne kultowe galoty, prochowce, kapelusze i temu podobne skarby. Mało używane, za to upiornie drogie. Zachodzę tam niekiedy, ażeby sobie poprawić nastrój oraz zaplanować ewentualne zakupy, kiedy już będę bogaty w pieniądze.

Dzisiaj kole południa zawitałem tam po raz kolejny i byłem mimowolnym świadkiem takiej oto sytuacji. Mężczyzna w średnim wieku przymierzał kozaczki. Dużo kozaczków, miliony par, jedne po drugich, dziesięć par na raz. 
Wokół mężczyzny, z zawodową uprzejmością i w ponaddźwiękowym tempie uwijała się sympatyczna japońska ekspedientka, próbując go w tych wszystkich butowych przepychankach i przymiarkach wesprzeć i jak najbardziej wyręczyć.

Chłop się oganiał jak mógł, ale dziewczę było nieugięte i coraz to rzucało mu się go gir, by służyć pomocą…
W końcu facet nie zdzierżył i łamaną angielszczyzną oświadczył:
- W moim kraju mężczyzna nie pozwoliłby kobiecie dotykać swoich skarpetek, bielizny oraz innych gaci.
- A cóż to za kraj? – zaciekawiła się ekspedientka, na co chłop odparł, że… Polska. Powtórzył dwa razy, nie ma mowy o pomyłce.

To ja chyba jestem z jakiejś innej Polski.







P.S.:
Ha. Tak się składa, że ja się z tym poglądem całkowicie zgadzam i co tu kryć – od maleńkości niewolniczo się go trzymałem. Że tu tylko wspomnę o samodzielnym praniu, tudzież nie udostępnianiu żadnej kobiecie moich używanych skarpetek, smutnych majtek oraz zmęczonych koszulek. Ale wiem też, że w podobnym dziwactwie byłem raczej odosobniony. Co tu kryć.   



2009-09-12 01:15:20 skomentuj (11)
nowiny vansterdamskie

Po tej akcji ze szczawiem Miłoszek się do nas nie odzywa. Ale nie ma sprawy, bo my się i tak izolujemy, gdyż Miłoszek posiadł grypę.  Mam nadzieję, że nieświńską, ale i tak, profilaktycznie zamknęliśmy go w pokoju, a po domu chodzimy w debilnych maseczkach, o które u Chińczyków nietrudno, bo mają oni odwiecznego maseczkowego pierdolca. I ostatnio znowu przywdziali. Oraz sprzedają na każdym rogu.  
 

To miasto jest małe. Maleńkie nad pojęcie. Ale po kolei. W poszukiwaniu zatrudnienia poszedłem ja wczoraj hen, gdzie mnie oczy poniosły. Daleko od domu, daleko od downtown, daleko od wszystkiego. Szedłem ulicą jakąś tam, wsłuchany w trele Chrisa Cornella płynące ze słuchawek Zenka, gdy wtem nagle usłyszałem donośne trąbienie. Jak na trwogę, z całej pary, na pół miasta.
Po krótkim rozpoznaniu wzrokowo – słuchowym ustaliłem, że trąbi autobus MZK po drugiej stronie ulicy. A dlaczego trąbił? Bo mu ktoś zaparknął na przystanku. A kto? A dziwnie mi znajomy niebieski hondziak z kierowcą w dziwnie mi znajomej buraczkowej kurteczce. Czyli Karakaszanka we własnej osobie. To miasto jest małe.
 

Powiem tak. W Chinatown jest zdecydowanie za mało osobników realizujących swoje marzenia, pragnienia i projekcje w obrębie tej samej płci. Za mało koloru, odjazdu, rokendrolla i Tego Czegoś. A za dużo niemrawych, identycznych ludków, którzy są kompletnie bezkontaktowi, nieoswajalni i zacięci jak chamskie scyzoryki. Co sprawia, że atmosfera jest tu dość ciężka, napięta i ogólnie niefajniejsza. Nie chcę mieszać, a poza tym chwilowo nie ma na to pieniędzy, ale ja tam bym wrócił w podskokach na West End i do Davie Village.

Oj, jak bym wrócił.


 
2009-09-10 01:14:04 skomentuj (6)
wszystkim bez wyjątku narkotykom - miękkim, średnim oraz twardym - zdecydowanie mówimy NIE...

... Dlatego z tego miejsca pragniemy napiętnować czyn, jakiego w dniu dwudziestego dziewiątego sierpnia* dopuścił się Miłoszek. Zapragnął on zrobić nam niespodziankę i nabył od przygodnego sprzedawcy substancję odurzającą pochodzenia roślinnego. Tak mu się przynajmniej zdawało. Że odurzającą. Ale po kolei.

Oznaczonego dnia, w samo południe Miłoszek udał się pod pomnik nieznanego żołnierza z bezpośrednim zamiarem zakupienia nielegalnego towaru. Bo zasłyszał, że w tych okolicach jest to możliwe i średnio karalne. Na miejscu napotkał dwóch osobników, którzy również przybyli tam gnani podobną potrzebą. Mężczyźni poinformowali Miłoszka, że przyjechali do Vansterdamu na koncert zespołu AC/DC i że przed występem wspomnianej formacji pragnęliby zażyć czegoś stosownego, ażeby się lepiej bawić.

Ponieważ pod pomnikiem nie udało im się napotkać żadnych sprzedawców marzeń, cała trójka udała się na ulicę Hastings, gdzie Miłoszek odłączył się od mężczyzn i na własną rękę kontynuował poszukiwania. Zagadnięty przez niego bam, zaprowadził go do innego bama, który z kolei skomunikował Miłoszka z innym bamem, który zaprowadził naszego bohatera na tyły siedmiogwiazdkowego hotelu Astoria, gdzie go przekazał do dyspozycji jeszcze innego bama. Który pobrał od Miłoszka banknot dziesięciodolarowy i w zamian wcisnął mu w kieszeń szeleszczący pakunek.

Sprzedawca przykazał też, by nie zaglądać do zawiniątka i generalnie zachować pełną konspirę, bo wszędzie dookoła pełno donosicieli oraz niepewnego elementu wywrotowego.
Przejęty Miłoszek zastosował się do przykazań bama i dopiero w klatce schodowej naszego domostwa odważył się zajrzeć do paczuszki. Zaniepokoił go zapach zakupionych trocin, które pachniały wszystkim, tylko nie pożądaną oraz spodziewaną substancją odurzającą pochodzenia roślinnego.

W pierwszym odruchu skrzyczeliśmy Miłoszka i zdecydowanie potępiliśmy jego uczynek. Potem jednak obudziła się w nas zdrowa ludzka ciekawość, nieprawdaż. Bowiem substancja zakupiona przez Miłoszka w istocie wyglądała dziwnie, odznaczała się też przedziwnym bukietem typowym dla łąk umajonych i innych miejsc, gdzie dzięcielina pała. Karakaszanka, obwąchawszy zaprezentowane jej farfocle typowała obsikane siano, podczas gdy ja akcentowałem nutę zapachową, która zawsze towarzyszyła wizytom w cyrku i chodzeniu do zwierząt podczas przerwy w spektaklu.

Pomimo słabej, prawie żadnej orientacji w temacie substancji odurzających, w jednym byliśmy zgodni – nie był to żaden z przeproszeniem narkotyk, a już na pewno nie substancja, którą Miłoszek zapragnął bez naszej wiedzy nabyć. Ani też żadna jej pochodna. Dopiero próba wody - czyli zanurzenie kilku listków w miseczce – pozwoliła na uwolnienie ukrytych dotąd zapachów i stwierdzenie ponad wszelką wątpliwość, iż jest to... szczaw.

Miłoszek był zdruzgotany. Oświadczył, że bezczelnie sugerujemy, iż został oszukany, w co nie wierzy. Bo takich numerów to się nie robi. I jego się nie nabiera. Dlatego też postanowił, wyłącznie w celach naukowo – poznawczych, użyć zakupionej substancji w sugerowany przez innych użytkowników sposób. Tak też się stało. Ha, skutki były trochę opłakane, a łazienka zajęta i po wielokroć zbrukana.

Dzieciaki, ważne przesłanie od wujka Billy’ego – nigdy nie palcie szczawiu.





* Długie dyskusje i zdecydowane ambiwalencje towarzyszyły decyzji o ewentualnym upublicznieniu tego hańbiącego materiału, dlatego ukazuje się on dopiero teraz, z tygodniowym poślizgiem...



2009-09-04 01:53:42 skomentuj (13)
nieoczekiwana zmiana miejsc

(…) Uj, panie Mustafa. Przecież pan wie, że ja wiem, i ja wiem, że pan wie, że każdy bomb ma swój adres.(…)
Akhara Jussuf Mustafa "Pamiętnik jasnowidza"

Usiedliśmy wczoraj przy fajce i butelce (po którą trzeba stać w kolejce) i wzięło nas na wspominki. W miarę rozwoju dyskusji wyjaśniło się, skąd to nasze upiorne zmęczenie, huśtawki, załamówy, kryzysy i inne sensacje. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nie wiem, jak można upchnąć tyle zdarzeń, miejsc, podróży, przeprowadzek i zmian w tak krótkim czasie. Niecałe dwa lata. Ale po kolei.

Wyjazd na zawsze do Karakas.
Przyjazd do Polski na tydzień.
Tydzień w anginowej malignie.
Powrót do Karakas.
Przybywa Miłoszek.

19 grudnia - Akcja Pod Zegarem.

Podróż na Karaiby.
Jadowita meduza gryzie mnie w nogę.
Powrót do Karakas, różnica temperatur 50 stopni Celsjusza.

Likwidacja domu i zagrody.
Przepada kaucja, lokaty i wszystkie karakaskie depozyty.
Przeprowadzka na zawsze do Polski.

Jelenia Góra i mieszkanie u Kłobukowskich.
Golf Jedynka, co palił tylko z górki.
A potem to jeszcze musiał go ciągnąć traktor.
Fordziak, co się psuł, ale potem przestał.

Fabryka ciasta bananowego. Bezszansie.
Fabryka kartek artystycznych. Klapa na starcie.
Wizyta w Petku (PTTK) w celu objęcia schroniska Samotnia.
Depozyt sto miliardów złotych. Nie do przyjęcia.
Kieł rozcina łapę na dywanie szkieł koło boiska.
Likwidacja domu i zagrody.
Przepada kaucja i resztki złudzeń.

Przeprowadzka do Bolca.
Mieszkanie u Jasia.
Szczęśliwy Wydawca odstępuje od wydania Otwieracza.


Praga, gdzie dostajemy wyzwę i bloki na pokutę.
Fordziakowi zakładają na koło to żółte.
Za dwa tysiące ściągają.

Pół Fordziaka urywa się o drzewo w lesie koło Żeliszowa.
Resztą Fordziaka robimy jeszcze cztery miliardy kilometrów.
Likwidacja domu i zagrody.
Przepada kaucja i siedem ton mienia. 

Wyjazd
na zawsze do Karakas.
Mieszkanie u Oskara.
Boje o Hondziaka.
Emil rozbija Hondziaka w zerowym dniu używania.
Rozbitym Hondziakiem pocinamy pięć tysięcy kilosów do BC.
Na tysiącsześćsetnym kilometrze Awaria.
Unieważnia się prawo jazdy Karakaszanki.
Za trzy tysiące uważniamy prawo jazdy Karakaszanki.

Mieszkanie u Krzysia.
Wyprowadzka na Taylor-Taylor.
Po drodze okazuje się, że Taylor-Taylor już nieaktualne.
Powrót do Krzysia.
Mieszkanie u Krzysia.

Wyprowadzka na Siódmą.
Wszystkie nasze karty tracą jakąkolwiek moc sprawczą.
Horror mieszkania w Santorini.
Hondziak taranuje Monstertrucka.
Trzysta bilionów dolarów za naprawę Hondziaka.

Globalna Recesja.
Wszyscy tracą wszystkie prace.
Terror egzekutorów z Ameksu.
Wkraczają Koperwasser, Biberfeld, Scheinbaum und Sons.
Bój z egezekutorami.
Straty wojenne są wysokie.

Rachunek płacimy my.

Prawie giniemy na Chiefie, pożarci przez kuguary i wilki.

Bezrobocie, nędza, terror i obłuda.

Wyprowadzka z Siódmej.
Wyjazd na zawsze do Toronto.
Za mało forsy na benzynę.
Powrót do BC. 

Wprowadzka do Mięśniaka.
Barykady na Denman Street.
Karakaszanka w St. Paul’s Hospital z chorobą z Archiwum X.
Przybywa DJ.
Karaszanka po raz kolejny prawie w St. Paul's.

Tołowanie z Whistler.

Wyprowadzka od Mięśniaka.
Przepada kaucja i trzy tony mienia.

Wprowadzka do Chinatown.

Ufff.
 


2009-09-02 00:10:55 skomentuj (23)
że tak powiem

W towarzystwie Miłoszka odwiedziłem dziś polski konsulat, co mi wybitnie poprawiło humor, a to za sprawą napotkanych tam rodaków. Ale po kolei.

Rano, na mojego komórczaka zadzwoniła kobiecinka, która oznajmiła, że dla pana Miłoszka Takiego A Takiego nadeszło pismo z Kraju.
- Spodziewasz się czegoś? – spytałem.
- No przecież wiesz, czego – jęknął w odpowiedzi.
- A, zapytanie o niekaralność – nagle mnie oświeciło. – To znaczy, że niedługo wyjeżdżamy do Nowej Zelandii, tak?
- Jeszcze zobaczymy, ale raczej tak – przyznał ze smutkiem Miłoszek. 

Przedwczesne były jednak nasze obawy, bo po przybyciu na miejsce odebraliśmy pisemko, z którego - o dziwo – niezbicie wynikało, że Pan Miłoszek Taki  A Taki NIE FIGURUJE w Kartotece Karnej Krajowego Rejestru Karnego.
- Niesłychane – Miłoszek ze zdziwienia strzelił karpia. – Jak to możliwe? Maczałeś w tym palce? Jak to zrobiłeś?
- Za dużo pytań, chłopcze malinowy – odparłem łagodnie. – Rejestr masz czysty, znakiem tego nigdy nic nie zmalowałeś, dobrze mówię? – zakończyłem pytaniem z rodzaju tendencyjnych.
- Jezu, dzięki, masz u mnie dużą flachę – oświadczył MIłoszek rozpromieniony. 

Ja nie piję.     





P.S. Acha, miałem napisać, dlaczego mnie wizyta w konsulacie nastroiła pozytywnie. Bynajmniej nie z powodu, że Miłoszek nie figuruje. Tylko dlatego, że byli tam fajni ludzie. Naszkicuję pokrótce dwa wybrane przypadki.
Niemłody
Koleś z Wącholem przybył złożyć wniosek o nowy paszport, bo mu się stary wyprał. Najpierw szczątki dokumentu zapakowane w gustowny woreczek foliowy podał urzędniczce konsularnej. A właściwie to nie tyle podał, co przepchnął przez taki mały otworek, który służy do przekazywania sobie wzajemnego różnych przedmiotów ze strony poczekalniowej na stronę konsularną i z powrotem. Potem stał przy okienku i piłował jaki kwadrans. W końcu wyjął z kieszeni pendrajwa, wepchnął go do wspomnianego otworu i powiedział: 
- Jak pani chce, to ja ten wniosek wyprintowałem.
- Co pan zrobił? – grzecznie spytała urzędniczka konsularna.
- Wyprintowałem na komputerze. Może go pani sobie teraz wsadzić i też wyprintować. 
Jednakże urzędniczka konsularna nie wsadziła go sobie, tylko powiedziała Wąsatemu, że to musi być na specjalnym formularzu. Wziął więc formularz, zasiadł przy stole, zdjął jeden sandał, przygryzł wąsa i coś tam zaczął skrobać.   

 
 Wtedy do okienka podeszła Blondie w wieku trolejbusowym i w podwiniętych dżinsach, która przedstawiła następujący spicz:
- Procię pani, ja chcie podbić, aaa, takie że tak powiem zaświadczenie, że ja mam z moim mendziem, że tak powiem ślub. Ja urodziła w Polski i pcijechała tu, że tak powiem z Polski siedem lat temu, a mój mąć jest z Kalifoni, aaa, i myśmy wdzieli, aaa,  że tak powiem ślub. I tu jest, aaa, że tak powiem nasz merydż lajsens, ale ja go mucie zabrać do Polski, żeby umiejscowić moje że tak powiem dzieci, które się urodziły tutaj, aaa. Jak kcecie coś pisać po tym kanadyjskim lajsens to procie, nie ma sprawy, ja dam fifty dolars za nową kopię i OK., ale po tym amerykanckim nie pisać, ani nie dawać stemp, bo to jest jedyny na amen z odciskiem palca matki.

- Przepraszam panią bardzo – przerwała urzędniczka walcząc z rozbawieniem (my już dawno turlaliśmy się po sofach w poczekalni) – ale o co chodzi? W czym problem? Jak pani pomóc? 
- Aaaa, no mówię przecież, że kcem, że tak powiem potwierdzić te dokumenty, aaa, żeby je zawieżć do Polski i umiejscowić mojego mędzia i dzieci, które się że tak powiem, aaa,  urodziły tutaj.
- Czyli gdzie? – spytała lekko poirytowana urzędniczka.
- No, aaa, w Los Andżeles – odparła Blondie, co urodziła w Polski, ale siedem lat temu wyjechała.
- To musi pani udać się do Los Angeles, albo wcześniej tam zadzwonić – grzecznie poradziła urzędniczka.
- Aaaa, że tak powiem dlaczego? – spytała Blondie.
- Bo tu jest inne państwo i my tego nie możemy załatwić – odparła coraz bardziej zmęczona urzędniczka konsularna.
- Ale czy to jest że tak powiem polski konsulat? – upewniła się Blondie.
- Tak – zgodziła się pani konsularna.
- To dlaczego, aaa, ja nie mogę tego że tak powiem załatwić? – po raz kolejny zdziwiła się Blondie.
- Bo jest pani obywatelką amerykańską, jak również pani mąż oraz dzieci – wyjaśniła urzędniczka.
- OK – zakończyła zrezygnowana Blondie w podwiniętych dżinsach. 

A potem to już była - że tak powiem - nasza kolej.



2009-08-29 20:23:56 skomentuj (7)
mama mi przysłała gazety (2)

My Loving Mother właśnie mi przysłała kolejną pakę, w której – oprócz czerwonych glanów – znajdowały się oczywiście gazety. Dużo gazet. Niezwłocznie przystępuję więc do szortpressu:

*
Doda nadal prowadza się z Thorgalem i choć sceptycy wietrzą w tym podstęp i chwyt marketingowy, to Dorota jest z Adasiem szczęśliwa i nareszcie widzi szansę na wyśmiganie się z toksycznego związku z Radziem.

*
Radzio z kolei zlikwidował sobie piękny tatuaż wykonany swego czasu ku czci Dody. Na jego (czyli jej) miejscu pyszni się teraz wielki wódz Apaczów, co - zdaniem Tej Gazety - jest całkowicie logiczne, gdyż Radzio od zawsze fascynował się kulturą Majów.

*
Tede wystąpił w Opolu dla jaj. A organizatorzy dla jaj zapłacili mu walizkę pieniędzy. Takie jaja to ja rozumiem. Kiedyś dla jaj wystąpiłem u Drzyzgi w TVN, a za honorarium, dla jaj kupiłem DJ-owi fajny rower. O mało co a bym nie wystąpił, bo przed samym nagraniem ktoś (wiem kto) dla jaj zadzwonił do producentów programu i poinformował ich, że jestem powszechnie znanym pedofilem, szmuglerem kokainy i dilerem kraku. Ale się wszystko wyjaśniło i wystąpiłem. Jednakowoż pamiątki po tym wspaniałym programie nie mam, bo się mojemu Tatowi zepsuła nagrywarka DVD, więc użył magnetowidu. I potem, podczas pierwszej próby odtworzenia, magnetowid wciągnął połowę taśmy do swoich wnętrzności. I dla jaj pomemłał.

*
Jestem wielkim sympatykiem Kayaha, więc ze smutkiem przeczytałem, że podczas ostatnich występów Kayahowi leciało prawe oko. Czyli się samo zamykało. Złośliwi mówią, że to efekt kolejnej operacji plastycznej, ale ja nie wierzę. No bo jak?

*
Amy Winehouse wypoczywa na Santa Lucia. Dała się tam co prawda sfotografować z przerwą na papierosa (w miejscu niegdysiejszej górnej prawej piątki), kolekcją sińców oraz brzuchem przyjaranym papierosami, ale sama Artystka twierdzi, że czuje się doskonale i wraca do psychiczno – emocjonalnej harmonii. No bo co?

*
Ta Gazeta zaprezentowała też ranking Panów, którzy sobie wzięli za żony trochę młodsze partnerki. Przytaczam w telegraficznym skrócie (od końca): Gebels i Dziewczę (17 lat różnicy), Dżej Dżej i Natasza (18 lat różnicy), Rubik i Dziewczę (19 lat różnicy), Kazik i Isabel (Nagroda Publiczności, 23 lata różnicy), Jan Englert i Żona (25 lat różnicy), Czarek i Edzia (26 lat różnicy). Królem Królów zostaje Łapka, który poślubił koleżankę młodszą o 60 lat. O Łapce szerzej przy okazji, bo miałem z nim przyjemność w Chałupach, co jest jednakowoż tematem na osobną publikację.

*
Kobita, która otrzymała zadanie urodzenia bliźniaków Sarze Dżesice oraz Metju okazała się być niezłym ziółkiem, rozrabiaczką, byłą striptizerką, metalówą, szatanistką oraz biseksualistką, co aktorska para przeoczyła, wybierając ją na matkie zastępczą. Ale to wszystko chuj i nieważne, bo sprawy zaszły za daleko, gdyż Sara Dżesika już zakupiła łóżeczko Prince Edward za sześćdziesiąt pięć milionów dolarów oraz wyprawkę Princess Sophia za dwanaście milionów. Urządziła też (nie swoimi rękami, a projektanta z Italii) sypialenkę dziecięcą za dwieście miliardów dolarów. I nie ma odwrotu.

* Ola Szwed ma problema, bo tuż po maturze złożyła dokumenty na kilka kierunków studiowania. I wszędzie ją przyjęli, czego Artystka się w ogóle nie spodziewała. No bo jak? 

*
Skrzyneczka wyszła za mistera fitness, który tuż przed ślubem wywalczył jeszcze wicemistrzostwo Europy. Rodzice Fitnesa nie kryją, że Kasia to dla nich wymarzona synowa.

*
Na drogę miecza wkracza także Joanna Liszowska. Jej wybranek, czyli Ola ma poważne zamiary i właściwe podejście do tematu. Najsamwprzód fundnął Asi pierścionek z brylantem wielkości cebuli, a potem jeszcze poprawił pomarańczowym lamborghini murcielago (siedem stówek w standardzie).

*
Uczucie Kasi i Tomka przetrwało aferę Kamelgate. Kochankowie potrącili co prawda bank na szesnaście baniek, co właśnie bada ABW, ale ich miłość jest niezagrożona. Czyli to nieprawda, że był to tylko skok na kasę, wyrachowanie i prywata. On ją jednak kocha, chlip, chlip.

*
Mandaryna dała bardzo dobry koncert na molo Navy Pier w Cikago. Przyszło dwa tysiące luda, który wymusił na Artystce aż trzy bisy. Po koncercie zadowolona Marta chłodziła gardło solidną porcją lodów śmietankowych.

*
Edzia G. oskarża Darka, że przez niego się nie nauczyła gotować.


Będzie ciąg dalszy, bo jeszcze mi zostały cztery gazety.



 
2009-08-28 17:38:51 skomentuj (3)
miłoszek kontratakuje

Miłoszek jakby powoli się budził z odrętwienia. Trochę mu pomagam przy pomocy drobnego, nienachalnego dogadzania. Na przykład wczoraj, zabrałem mojego kompana do pobliskiego centrum handlowego, ażeby korzystając z dobrodziejstaw akcji Taco Tuesday nawtranżalać się takosów po 99 centów za sztukę. Miłoszek stwierdził, że nie ma apetytu, w związku z czym zjadł tylko siedem.

Po czym udaliśmy się do Yoko Yaya 123, czyli japońskiego przybytku typu wszystko za piątkę. Tam, pośród swobodnego driftu między półkami, na Miłoszkowej twarzy pojawił się dawny nerw i dziwnie znane mi napięcie typowe dla wiecznego łowcy.
- Stało się co? – spytałem.
- W obecności niektórych kobiet odczuwam dziwne podniecenie – odparł Miłoszek bez wstępów.
- Słucham?  – zakrztusiłem się bubble tea, którą sobie wziąłem na wynos z departamentu jedzeniowego.
- Mówię niewyraźnie? – odbił pytanie mój towarzysz, łypiąc między regałami.
- Hmmm, to się zdarza - mruknąłem. - A masz kogoś konkretnego na myśli? – dopytałem przez grzeczność.
- Tamtą gościówę – Miłoszek wskazał na niezwykle bujne, śniadolice dziewczę przymierzające właśnie ciemniaki. Czyli okulary przeciwsłoneczne.
- Średnia – stwierdziłem zgodnie z faktami.
- Ja tam oszalałem – wyznał Miłoszek, oddalając się ode mnie szybkim krokiem.  

Resztę popołudnia spędziłem samotnie, jako że Miłoszek w towarzystwie świeżo zapoznanego dziewczęcia udał się na kawę do lokalu ekskluzywnej sieci Seven Eleven, która poza kawą oferuje również totolotka, zdrapki, bilety MZK, hot dogi, szejki  i temu podobne artykuły luksusowe. 

Zaczyna się.



2009-08-27 11:38:58 skomentuj (1)
lubię to lubię

Odwaliłem pomysł na tę notkę od innego blogopisarza, przyznaję. Ale cóż… 

W sumie to ja niewiele rzeczy lubię, bo generalnie to jestem smutasem, pesymistą i jęczybułą. Ale coś tam się znalazło. Do rzeczy.

* Lubię gadać z DJ-em. Zachwycająco mądry chłop. Aż mnie coś chwyta za grdykę.

*
Lubię myśleć o starym Bolcu. Takim z niemieckich widokówek. Albo z 1945, jak Moi przyjechali z Kresów i dostali przydział na Mazowiecką.

*
Lubię pierwszą kawę. Pierwszą z trzech porannych. Po trzeciej łapię pion. 

*
Lubię siedzieć na balkonie u Cioci M. w Sulzbachu.

*
Lubię sałatkę z brokułów.

*
Lubię sobie kupić jakiegoś nowego Milesa, com go jeszcze nie miał.

*
Lubię się zachwycać. Kto się nie zachwyca, ten nie żyje.

*
Lubię usiąść z DJ-em na Trzeciej Plaży i sobie gulnąć napój oraz kawę.

*
Lubię jak moje sashimi jest już gotowe.

*
Lubię marzyć o wielkiej forsie. Forsa szczęścia nie daje, ale pozwala znacznie wygodniej być nieszczęśliwym.

*
Lubię sobie śmignąć na czerwonym świetle jak nic nie jedzie.

*
Lubię mieć przy sobie ze stówę w gotówce. Albo na karcie.

*
Lubię dzwonić do Brata. Fajny kolo. Szkoda, że w okowach lodu.

*
Lubię czytać w kiblu. Mam tak po Wujku Waldku, który jak szedł do toalety, to można było zapomnieć jak wygląda.
Lojalnie zawsze uprzedzał i pytał, czy kto chce skorzystać przed nim…

*
Lubię się dowiedzieć, że paczka dotarła do Polski i nie ukradli.

*
Lubię moje spodnie od piżamy. Czerwone w łosie.

*
Lubię sobotni nocny chiński bazar. A najbardziej budkę zaprzyjaźnionych Hindusów. Kobita rozmiękcza mi serce.

*
Lubię baku baku, chcesz to ze mną zakurz, zaproszę dziewczyny, zaproszę chłopaków…

*
Lubię wiedzieć, gdzie jest portfel, klucze i telefon.

*
Lubię (od niedawna)  jeść jeżyny prosto z krzaka. Wczoraj na Westham Island obżeraliśmy się kolosami wielkości
arbuzów. I nic to nic, że tak bolały rany i że ubranie oraz trampelówki do prania, bo słodycz jest to nieopisana.

*
Lubię gdy żaluzje są równo i niepogniecione. Krzywe żaluzje to upadek i dziadostwo.

* Lubię dużo cukru i grubo masłem. To się niedługo zemści.

*
Lubię nowego dyskotekowego Cornella, chociaż to ewidentny upadek cywilizacji.

Tyle.


2009-08-26 09:48:54 skomentuj (4)
zachodzę:
piosenka dnia
wersja obrazkowa
fotki
com

sprawy statutowe
hymn bloga

stardog-mail
listy do stardoga
statystyka