Archiwum
Mało nas...
  • Wszystkich wizyt: 253462
  • Dzisiaj wizyt: 12
  • Wszystkich komentarzy: 19675
Ostatnie komenty

montaro i czarodziejska włócznia


Nastąpi w tym miejscu opowieść o tym, co wszyscy kochamy najbardziej. Czyli o chorobach, lekarzach oraz szeroko pojętej służbie (tfu) zdrowia. Jadziem.

Tytułem wstępu przypomnę tylko Szanownym Czytelnikom, że w następstwie wytężonych prac budowlano – strongmeńskich strasznie mnie pokręciło oraz coś mnie weszło w krzyż.
W jednej chwili, z gibkiego i śmigłego młodzieńca zamieniłem się w kuśtykającego dziadeczka. Na domiar złego, wspomniana kontuzja nie chciała się cofnąć ani siłami natury czyli samoczynnie, ani też na drodze wygrzewania, ochładzania, tudzież smarowania maścią z kotkiem.

Postanowiłem więc zasięgnąć pomocy specjalisty. W tym celu, pełen nadziei i wiary w rychłe ozdrowienie udałem do mojego lekarza ostatniego kontaktu (bo zdecydowanie już się nie spotkamy), który najpierw mnie zdoił za wizytę (nie napiszę ile, bo by Wam serca popękały), po czym nakazał zrobić furę badań.

Z wynikami miałbym przyjść do niego, ale nie w tym tygodniu, ani nie w następnym, bo jest bardzo zajęty, a jak już będzie odjęty, to jedzie na wakacje do Meksyku. Więc najbardziej by mu odpowiadał jakiś termin późnomajowy. Na takie dictum, w myślach nawrzucałem mu chujów oraz złamasów, natomiast w real audio pięknie acz nieszczerze podziękowałem i powiedziałem, że oddzwonię.

Następnie, prawie z marszu skomunikowałem się z pewnym bardzo obleganym niemieckim chiropractorem (czyli powiedzmy kręgarzem), który – uwzględniwszy moje niewypowiedziane cierpienie -  łaskawie zgodził się zobaczyć ze mną nazajutrz bladym świtem, bo wtedy jest najmniej oblegany.

Podjechaliśmy o wskazanej porze, a jakże. Siedząca za kontuarem Pani Frau przywitała nas wylewnie, skasowała głupie dziewięćdziesiąt dolarów (karakaskich, ale zawsze), po czym przekazała w ręce Uzdrowiciela.

Uzdrowiciel bez dłuższych wstępów kazał mi się ułożyć na takim jakby madejowym łożu. A gdy już, nie bez trudu zaległem w żądanej pozycji, naskoczył i tak mnie wziął od tyłu. Po czym zwinął mnie w faworka i przewrócił na lewą stronę.

Świat zawirował i poczułem, że ten chrympel to mam już chyba połamany do końca. Ale to wcale nie był koniec, bo jeszcze mnie facet pociągnął po krzyżu z kolanka. I poprawił z łokcia. Po czym się uśmiechnął i stwierdził, że jest ogromny postęp. Po czym oświadczył, że następna wizyta za trzy dni, a na razie to już się mogę oblec i iść precz.

Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Bo z tego wszystkiego kompletnie mi się zablokowała funkcja zakładania spodni oraz butów. Powinienem był pójść w kroksach albo innych klapkach. Ale nic to. Po piętnastu minutach udało mi się skatulkać z tej leżanki i z grubsza przyodziać.

Karakaszanka, która mnie oczekiwała w poczekalni, pomogła mi wzuć trampki, po czym mnie odtransportowała do naszego apartamentu. Gdzie w straszliwych męczarniach przeleżałem kilkanaście godzin. Moją frustrację potęgował fakt, że o ile przed wizytą u Uzdrawiacza byłem jeszcze w miarę mobilny, to po zabiegu odeszły mnie resztki władzy w członkach. I nie zamierzały powrócić.

W tym czasie Karakaszanka nie próżnowała i wieczorową porą przywiozła wiadomość, że podobnież w Richmond pomieszkuje jakiś dziadeczek – cudotwórca, który wyczynia rzeczy niemożliwe, o jakich nie śniło się ani filozofom, ani tym bardziej fizjologom. Kogoś tam postawił na nogi po totalnym paraliżu spowodowanym katastrofą autobusową. Innemu z kolei włożył na miejsce żebra, które się wysypały wskutek jakiejś straszliwej kraksy na nartach…

Co mnie zaintrygowało najbardziej to informacja, że według zeznań świadków dziadeczek miał w swym procederze używać jakiegoś takiego specjalnego kija, którym ugniatał dotknięte patologią obszary. Coś jakby akupresura połączona z akupunkturą, czarną magią i voodoo.
- Nie ma sprawy – poinformowałem Karakaszankę. – I tak nie chodzę, to co mi szkodzi…

Tośmy zadzwonili. Kobiecy głos w słuchawce, z silnym mandaryńskim akcentem oświadczył, że nie ma sprawy, ale Mistrz przyjmuje tylko późnym wieczorem i że reszty się dowiemy na miejscu. Reszta się okazała bardzo frapująca, co nas początkowo trochę przeraziło, ale ostatecznie przystaliśmy na dziwne ustalenia. Ale po kolei.

Nie bez problemów natury topograficznej dojechaliśmy pod wskazany adres, a trzeba dodać, że siedziba Mistrza znajduje się w takiej części Richmond, gdzie się już nie stosuje angielskich napisów ani oznaczeń. Bo nie ma takiej potrzeby. Bo nie ma dla kogo. Bo to takie ortodoksyjne czajnatałn, że nasze wansterdamskie się chowa. Na dodatek ciemno było jak w dupie, bo dotarliśmy tam w środku nocy.

W zatęchłej i upiornie zagraconej izbie na drugim piętrze chińskiego familoka przyjęła nas Babuleńka, która w krócaku przedstawiła podstawowe regulacje dotyczące kontaktu z Mistrzem. Po pierwsze, nic nie trzeba mówić, bo Mistrz już wszystko wie. Po drugie w obecności Mistrza w ogóle się nie odzywamy, bo to go rozprasza. Po trzecie – najciekawsze – Mistrza się nie ogląda. Bo traci moc.

Bardzo mnie zaciekawiło, jak też wygląda taki zabieg bez oglądania szamana, ale to się akurat okazało technicznie dość proste. Babuleńka wprowadziła mnie mianowicie do ciemnego pokoju, gdzie się rozebrałem i ułożyłem w pozycji przodobocznej na dziwnej, całkiem wygodnej leżance.

Twarzoczaszkę umieściłem w takiej specjalnej dziurze, po czym Babuleńka oświadczyła, że od teraz aż do wyjścia Mistrza nie ma żadnego podnoszenia się, obracania, wyciągania głowy z dziury i tak dalej. Po czym mi jeszcze dla podbicia efektu okryła głowę takim jakby szalem.

Dziwnie się poczułem, bo oczyma wyobraźni ujrzałem straszliwy, rytualny mord, który tu zaraz będzie miał miejsce. Trochę mnie uspokajała obecność Karakaszanki w drugim pokoju oraz scyzoryka victorinox w kieszeni sztruksów, ale poza tym, to już było za późno na reklamacje lub ewentualny odwrót.

Po chwili do ciemnego pokoju wszedł Mistrz, którego oczywiście nie widziałem, ale dobiegło mnie jego człapanie oraz ciężki, świszczący oddech. Już się chciałem grzecznie przywitać, ale mi się przypomniało, że z Mistrzem się nie gada. Więc się ugryzłem w język i czekałem na rozwój akcji.

W tym czasie cudotwórca przystąpił do łoża, musnął mnie palcami po krzyżu, w coś tam pocelował, pomamrotał i rzeczywiście zaczął mnie dźgać jakimś patolem. Nie należało to, co prawda, do najprzyjemniejszych doznań, ale cóż, nie przyjechałem tam przecież na wczasy.

Powiem krótko, bo też nie ma się nad czym specjalnie rozwodzić. Dźgał mnie Mistrz powoli i systematycznie przez jakie pół minuty, po czym nagle zadał mi decydujące pchnięcie. I już. Po wszystkim. Czary z mleka. Wszelka boleść odeszła bez śladu.  

W międzyczasie Mistrz się wycofał na z góry upatrzoną pozycję, a do izby weszła Babuleńka, która powiedziała, że już. Moje zachwyty, radosne okrzyki i piania przyjęła na miękkie bloki, po czym skasowała trzydzieści pięć dolarów i odprowadziła nas do drzwi. Koniec.

Znowu brykam.


 

23 Odpowiedzi na montaro i czarodziejska włócznia

  • http://w-gore-rzeki.blog.onet.pl/ mówi:

    To się nazywa inwestycja w zdrowie ot co..xD

  • mihau mówi:

    ja powiem, że, jakbym był bogaty w piniądze, to bym chodził po takich Mistrzach co dwa dni. bo w inne dni to bym chodził po masarniach. bowiem ja jestem strasznie łasy na takie sprawy i mają one na mnie wpływ a także czar. nieodparty. do tego stopnia, że już samo czytanie o tym mięknie mi nogi i pół kręgosłupa, taki fetysz. ja wiem, że te akupunktury to w większości ściema, takoż obłuda i refleksoterapia, ale aura i otoczka robią ze mnie margarynę.

    com miał wyznać, wyznałem.

  • GG mówi:

    tak mi sie w zwiazku z tym taki nasz stary grypson przypomnial- dzgnij mnie zdzisiu, dzgnij…

  • Aussie mówi:

    Zyczliwie polecam cwiczenia we wlasnym zakresie wg. zalecen „Miszcza od plecow ” Robin A.McKenzie-go jakby bole wrocily.Efekt gwarantowany!Moze uda ci sie kupic ksiazke „Treat your own back”

    http://www.amazon.com/Treat-Your-Back-Robin-McKenzie/dp/0959774661

  • anula mówi:

    Przepraszam za takie niedyskretne pytanie, ale czy Ty maczasz palce w tym klejeniu kapci, czy tylko kogoś promujesz? Jestem nowa w tym towarzystwie, ale staram się nadrobić zaległości, jednak przyznaję że trochę się w tych Twoich projektach pogubiłam :-)

  • stara Kazika mówi:

    Przepraszam, ale ja od pewnego czasu powątpiewam zarówno w zdrowie mojej jednostki procesującej jak i swoje własne psychiczne i w związku z tym mam zapytanie. Otóż zapytanie moje jest nastepujące. Czy prawdą jest, że to już było, ale jakoś zmieniła się data ( na datę po katastrofie), czy też prawdą jest to, że ja już nie mam zdrowia.
    Tylko poważne odpowiedzi, jak poważna jest ta sprawa.

  • batumi mówi:

    de ja vu?

  • mihau mówi:

    odpowiedź na Twoje pytanie jest jasna i klarowna: tak i nie. bo owszem, to już było, owszem, z datą przed rozbiciem, ale nie, nic się w tej kwestii nie zmieniło. zważ w duchu dobrze, iż oni się rozbili o 8:56, natomiast tekst powyższy został napisany lekuchno po północy. czyli wtedy to oni sobie jeszcze walizek nie spakowali nawet.

  • stara Kazika mówi:

    i tak i nie, i to jest odpowiedź na Twoje pytanie :)
    déjà vu powinno być, alem diakrytyki, a ściślej akcenty opuściła. A mianowicie accent grave (`) oraz accent aigu (´)
    A mnie się jakoś kolejność postów przestawiła, ale analizy dat nie przeprowadzę, to dla mnie za trudne zajęcie.

  • alex_tar mówi:

    Kobieto, dzięki, myślałam, że świruję.

  • stara Kazika mówi:

    to przez ten wulkam Ellafioł
    kod : bldnr :)

  • stara Kazika mówi:

    wulkam, wulkam aż się przywulkam :)

  • stardog > anula mówi:

    Trochę maczam.

  • Pani T. mówi:

    Mam taką czarownicę w Krakowie… I ona bezsiłowo działa, tylko biopolem. Sama w to nie wierzyłam do czasu, aż mi wypadnięty dysk wpadła… A wcześniej przeszło rok jeździłam na przeróżne rehabilitacje i inne doktórskie sztuczki… Dobrze mieć takiego Mistrza, czy Czarownicę pod ręką… Pozdrawiam

  • Lindeczek mówi:

    Witam Panie Jacku szanowny:)

    Miło widzieć i czytać waćpana, bo radość to przynosi sercu memu zwłaszcza jak czytam, że Twym boleściom kres dał mistrz sztuk z odległych krain:)

    Pozdrawiam:)
    Książe Mariusz z rodu Łokietek :)

    …i zapraszam do czytania http://kfk.blox.pl

  • Lindeczek mówi:

    Witam ponownie, aczkolwiek tym razem z przeprosinami, bo poprzedni komentarz z zamiarem nawiązania kontaktu umieściłem omylnie. Co prawda pewnie i się kojarzymy, bo w sumie Bolesławiec to małe miasto, ale ja byłem przekonanym, że jest Pan innym Jackiem Pałka (bo również z Bolesławca pochodzi pewien Jacek Pałka -poeta mój dobry znajomy z którym straciłem kontakt kilka lat temu)
    Najmocniej przepraszam i pozdrawiam

  • shiva mówi:

    I git. Dobry ten mistrz. Mnie taki jeden w pięć wizyt wyleczył. W mieście Białymstoku. Mistrz medycyny chińskiej sie zwał ale nie był Chińczykiem a Polakiem z milionem certyfikatów. Jego praktyki były raczej podobne do tego pierwszego co to Stardoga z kolana potraktował.

  • jmgn mówi:

    raz mię moja rodzicielka zawlokła do Tybetańczyka – małe toto było, uśmiechnięte od ucha do ucha i fikuśnie mówiło po polsku;
    posadził mnie na krześle, przytknął swe ręce, które leczą do mojego karku, coś strzeliło tak, że myślałam że już po mnie; podobnie postąpił z kolejnymi odcinkami kręgosłupa – jak od niego wyszłam, to się okazało,że „urosłam” o jakieś 3-4 cm – a jak się dobrze czułam po tym seansie…

  • zaza mówi:

    Czy obeszliście wczoraj należycie Dzień Kamieniarza?

  • Mirek mówi:

    Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Moja ciocia niebozczka, z Rzeszowa też tak miała – leczyła dotykiem, ziołami i w ogóle aurą, ale na mnie to nie działało i jak brałem herę tak brałem. I choć to już przeszłość, to miło sobie wspomnąć.
    Pozdrawiam Mirek

  • kasia76 > zaza mówi:

    Jaki dzień kamieniarza?

  • zaza mówi:

    Stoner’s Day.

  • dawid mówi:

    Ja obchodzę triduum. Podobno wczoraj oglądaliśmy Avatara.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>