Archiwum
Mało nas...
  • Wszystkich wizyt: 253462
  • Dzisiaj wizyt: 12
  • Wszystkich komentarzy: 19675
Ostatnie komenty

dancing with coyotes

Rząd kłamie. Nie mam wątpliwości. Bo przestrzegałem zasad. Postępowałem zgodnie z instrukcją obsługi. Stosowałem się do zaleceń. A i tak by mnie kojoty dzisiaj pożarły.

A było to tak, że kole południa postanowiłem sprawdzić, czy już odblokowali tę trasę rowerową pod Lions Gate Bridge. No więc nie odblokowali. Nadal wisi tablica, żeby poluzować i szukać alternate route. To zacząłem szukać. Ale tu mi było za stromo (starość nie radość), tu mnie się okolica nie podobała, tu coś tam jeszcze mi nie leżało. W końcu wybrałem umiarkowanie stromą ścieżynkę, która wywiozła mnie w przysłowiowe pizdu, a w każdym razie w okolice, których dotąd nie znałem.

Półgodzinna orka pod czterdziestopięciostopniową górkę skutkowała nadejściem samopoczucia, jak nie przymierzając przy gorączce tyfoidalnej. Rzygać mi się, z przeproszeniem, chciało z wyczerpania. Pot pachniał siarką i benzyną do dwutaktu, znak był to więc nieomylny, że oto spaliłem cukry proste oraz złożone, jak również wszystko inne, co było do spalenia.

Ale najbardziej niepokoiły mnie dzikie ostępy, w których się niespodziewanie znalazłem. Wtedy nadeszli oni. Najpierw jeden. Zaraz potem jeszcze dwa… Strach poczwarza siły – przypomniała mi się słynna maksyma Tytusa de Zoo. Ale czy potraja wrażenia wzrokowe? Tego nie byłem pewien, natomiast kojoty wyglądały na prawdziwe. Wszystkie trzy, wielkie jak smoki, z ociekającymi śliną zębiskami. I tak wokół mnie tańcowały. Jak kto ogląda filmy kombojskie, to wie o co chodzi. Takie drobienie w miejscu, kręcenie ósemek i przytupywanie. Oraz kita w górę, co już zdecydowanie najlepiej nie wróży.

Natychmiast przystąpiłem do akcji, choć mnie jeszcze trochę mgliło i się słaniałem na nogach. W pierwszej kolejności przypomniałem sobie ulotkę, którą nam co roku podrzucają do skrzynki. Oraz zawarte w niej zalecenia i dobre rady. To może w punktach. Zasada pierwsza: Appear as aggressive as possible. Jak już wspomniałem, zrypany byłem nieludzko, więc mi ta agresja chyba niezbyt przekonująco wyszła. Choć się starałem, puszyłem, stroszyłem i zachowywałem niczym Johnny Bravo. Kojoty nie drgnęły. A jeśli już to w moją stronę.

Postanowiłem więc zadziałać z innej mańki: Shout in a loud and deep voice. Z tym był pewien problem, bo gdy próbowałem wyemitować głośny i głęboki głos, to się tylko zakaszlałem, zasmarkałem i w rezultacie wyszło mi bardziej jakieś takie charczenie i skrzeczenie. W każdym razie kojoty nie potraktowały mnie poważnie. I dalej tańcowały.

W tej sytuacji sięgnąłem do punktu trzeciego, który brzmi: Throw objects at the coyote. Szybko zlustrowałem zawartość kieszeni oraz plecaka i wyszło na to, że z obiektów do rzucania, to miałem przy sobie: chusteczki higieniczne, zapasowe okulary, mały portfelik (w którym wożę śrubki i wentylki), breloczek z latareczką LCD, krople do nosa, tubkę crazy glue oraz reklamówkę sztajmesówkę, chyba najmniej lotną z wszystkich wymienionych tu przedmiotów.

Rzuciłem kaskiem, ale coś słabo leciał, bo się po drodze zaczepił o kierownicę i w efekcie pokatulkał się tylko parę metrów, po czym zaległ wśród mchu i listowia. Kojoty jak gdyby tego mojego rzutu w ogóle nie zauważyły. I dalej tańcowały…  Ha. Brałem pod rozwagę rzut rowerem, ale po pierwsze – trochę ciężki, a po drugie – był to mój ostatni oręż na okoliczność ewentualnego zwarcia bezpośredniego.

Był tam jeszcze w tej ulotce punkt czwarty: Do not run, maintain eye contact. Próbowałem, ale to nie jest takie proste utrzymać kontakt wzrokowy z trzema kojotami, z których jeden jest przed tobą, drugi za tobą, a trzeci tak na godzinie w pół do jedenastej. A na dodatek wszystkie tańcują i wiercą się, jakby miały owsiki w dupie.

Żeby skrócić męczarnie Szanownych Czytelników, powiem od razu, że punkt piąty instrukcji antykojotowej – Move towards an area of activity – również nie znalazł specjalnego zastosowania. Najbliższa area of activity była bowiem za siedmioma górami, siedmioma lasami i siedmioma wąwozami. A najgorsze, że chwilowo nie byłem w stanie określić przybliżonego choćby kierunku odwrotu ku ludzkim osiedlom. Już pomijam, że po lewej miałem prawie pionową ścianę, zaś po prawej trzystumetrową przepaść, na dnie której, o najeżone skały rozbijały się spienione grzywy ryczących wściekle oceanicznych fal…

Cóż, mógłbym tu napisać, że w zaistniałej sytuacji jednemu z kojotów złamałem z karata podstawę czaszki, drugiemu rozpłatałem gardło kluczem nasadkowym czternastką, natomiast serce trzeciego przeszyłem wyrwaną naprędce szprychą. Ale nie będę kłamał. Kronikarska rzetelność przede wszystkim. Prawda jest taka, że po jakimś czasie kojoty z wolna przestały tańcować i niespiesznie, gęsiego zniknęły w kniei.

Ja zaś wróciłem do domu i napisałem notkę tę.

7 Odpowiedzi na dancing with coyotes

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>