Archiwum

Mało nas...

  • Wszystkich wizyt: 243320
  • Dzisiaj wizyt: 19
  • Wszystkich komentarzy: 19673

Ostatnie komenty

autor

uwaga, interwencja

- Mam do was wielką prośbę – zacząłem nieśmiało, odrywając wzrok od telewizora, gdzie się akurat rozgrywała psychodrama powiązana ze śmiercią miłej Bogatynianki, która się w coś niedobrego zaplątała podczas wycieczki do Egiptu.

- Słuchamy cię z zapartym tchem – oświadczyła My Loving Mother.

- Otóż, gdy się kiedyś wyhuśtam w niejasnych okolicznościach, to nie zgadzajcie się na taki program, dobra?

- Chyba kpisz – żachnął się My Loving Father.

- Nie, poważnie mówię – potwierdziłem. – Jak do was podbije jakaś Uwaga czy inna Interwencja, to nie idźcie w to. Nie pokazujcie moich rowerów ani chatynki, nie wyciągajcie zdjęć z chrzcin ani pamiątki pierwszej komunii świętej. I niech tego nie ryje żaden Rutkowski. Musicie mi to obiecać tu i teraz.

- Przede wszystkim ty nie polecisz do Hurghady – stwierdził My Loving Father.

- Człowieniu, ja przeleciałem ćwierć miliona kilometrów i jakoś cię o zgodę nie pytałem – odciąłem się butnie.

- Powaga? Aż tyle? – zainteresowała się My Loving Mother.

- Swobodnie. Do samego Vanku latałem dwadzieścia cztery razy, nie licząc rzutów beretem do Toronto czy na Karaiby. Co też ich było kilka.

- No i super. Ale do Hurghady nie polecisz.

- Tak od tematu, to DJ się wybiera na Islandię – zakontrowałem.

- Na Islandię możecie, a do Egiptu nie – uciął My Loving Father.

- A ta Islandia to z kolegami, czy z tatusiem? – weszła nam w słowo My Loving Mother.

- Z kolegami – odparłem. – Z tatusiem planuje się w czerwcu udać do Amsterdamu.

- A tożeś mnie teraz rozbawił – My Loving Father aż się podniósł z wersalki. – Jeszcze was w Amsterdamie razem nie było…

 

Razem nie.

 

 

 

 

 

niech się święci pierwszy kwietnia

Szedłem dziś rano po dzielni skąpanej w promieniach wiosennego słońca, kiedy podbiegł do mnie kilkunastoletni syn sąsiadów i nerwowo wychrypiał: niech pan leci pod blok, tam karetka, zabierają pana rodziców.

W oka mgnieniu znalazłem się na miejscu, gdzie oczywiście żadnej karetki nie stwierdziłem. Chwilę potem dogonił mnie wspomniany na wstępie chłopaczyna, który wesoło zakrzyknął: Prima Aprilis. I na swoje szczęście zwiał.

Wieczorową porą, w bezbrzeżnym wzburzeniu opowiedziałem tę historię DJ-owi, który chwilę podumał, po czym rzekł: A my co, lepsi byliśmy?

No nie byliśmy:  
http://badmofuker.blog.pl/2007/04/02/media-markt-nie-dla-idiotow/

 

 

mistrz kierownicy ucieka

- Co tam, ziom? – spytał mnie DJ w porannej rozmowie telefonicznej.

- Tragedia – odparłem. – Odmówili mi wymiany kanadyjskiego prawka na polskie.

- Wyświadczyli tym ludzkości wielką przysługę – skomentowało moje dziecko. – Przecież ty nie umiesz jeździć.

- Jak śmiesz? – oburzyłem się. – Ja przejechałem całą Kanadę…

- Bitch, please – przerwał DJ. – Transcanadian Highwayem można jechać z zamkniętymi oczami, albo nawet się zdrzemnąć. Poza tym automatem to żadna sztuka. A poza tym miałeś zmiennika i jak znam życie, to po stu kilometrach zaczynałeś jęczeć, że cię morzy i oddawałeś kierownicę.

- Już zapomniałeś, niewdzięczniku, jak dwa razy dziennie popylaliśmy fordziakiem do Jeleniej Góry drogą miliona zakrętów?

- To było pół roku grozy – skomentował DJ. – Jeździłem na tylnym siedzeniu, z zamkniętymi oczami oraz w słuchawkach, bo inaczej bym osiwiał ze stresu. Pozwól też sobie przypomnieć, że pewnego dnia nie zmieściłeś się w sześciometrowym wjeździe do parkingu podziemnego. Że nie wspomnę o niewidzialnym drzewie, które wyrosło w przecince koło Żeliszowa i urwało pół samochodu.

- Ale pięknie się jechało do Whistler i zjeżdżało z Cyprusa przy „Ride the Lightning” – broniłem się coraz słabiej.

- Bardzo pięknie – przyznał DJ. – Ale z tego co pamiętam, to nie ty wtedy prowadziłeś tylko…

- Oj, daj mi spokój – przerwałem. – Bez łaski, pójdę na kurs, zrobię polskie prawko i jeszcze wam pokażę.

- Nie idź na żaden kurs, tato – łagodnie zaoponował DJ. – Masz fajny rower, to na nim pocinaj, a nie szukaj bidy. A jak masz za dużo forsy, to mi dołóż do dziary, bo w związku z urodzinami koleżanki musiałem nadszarpnąć rezerwy federalne. I coś czuję, że mi nie wystarczy na cały rękaw.

- No ale przecież chwaliłeś mnie, gdy niedawno prowadziłem twojego szerszenia – jęknąłem.

- Człowieniu, to było na lotnisku w Krzywej, a po drodze ruszałeś z czwórki i gasł ci na każdym skrzyżowaniu.

- A pamiętasz, jak sobie jechaliśmy do Liberca i…

- Słuchaj, przepraszam cię, ale ja mam jutro egzamin ze społecznej i muszę jeszcze trochę poczytać – łagodnie przerwał DJ. – Wstrzymaj się na razie z tą decyzją, dobrze? Przyjadę w środę i wszystko na spokojnie rozgadamy.

 

Znikąd pocieszenia.

 

normalnie o tej porze

Jak co roku o tej porze, zbiera mi się na wspominki oraz pogawędki starego bacy. Okazją są oczywiście urodziny Taty. Który kończy dziś 75 lat. Wiek jest to słuszny, choć wszystko zależy od spojrzenia. Swego czasu wyhandlowałem od koleżanki gazetkę zagraniczną w całości poświęconą formacji Guns N’ Roses. Struchlałem przeczytawszy, że Axl Rose ukończył 25 lat, co mi się naówczas wydało wiekiem matuzalemowym (sam dobiegałem dwudziechy). Ale do rzeczy.

Fejsbunio przypomniał mi moje strofy sprzed lat czterech, kiedy to podzieliłem się z Szanownymi Czytelnikami historią o Łapce napotkanym w Chałupach. Ha. Okazuje się, że będąc pacholęciem, które na chleb jeszcze mówiło wieszak, zapamiętałem tylko co słabsze fragmenty gry. Podczas gdy wyjazd był to bardzo gwiazdorski i przygodowy. My Loving Father wprowadził jednak ostatnio liczne aktualizacje wnoszące do naszego ówczesnego pobytu w  Chałupach nieco inny koloryt.

Po prawdzie, to nie mogłem być naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń, bowiem rozgrywały się one o porach mocno niemłodzieżowych, kiedy albo zasypiałem tuląc do siebie pluszowego tygryska, albo też przewracałem na siódmy boczek śniąc o Piaskowym Dziadku, tudzież innym Żwirku i Muchomorku. I tak na przykład, kiedy ranne wstawały zorze, brzegiem Zatoki Puckiej Kalina Jędrusik ganiała się ze swoim ówczesnym miłośnikiem. Z relacji Taty wynikało, że to raczej on uciekał, a ona go goniła z włosem oraz peniuarem rozwianym. Po czym, w okolicach przystani kutrowej widocznej z naszych okien godzili się burzliwie i namiętnie. A mewy nad ich głowami ósemki kreśliły.

I był to moim skromnym zdaniem najmocniejszy akcent chałupowej rzeczywistości. Przy którym nie robiły już większego wrażenia scenki z melancholijnie ufiflanym Henrykiem Bąkiem zasiadającym na tarasie baru Fregata. Albo artyści pokroju Czterdziestolatka, Maklakiewicza czy Kłosowskiego, przechadzający się na mniejszej lub większej bombie jedyną ulicą miasteczka.

Ale nie o tym ja chciałem. Na chwilę zeskoczmy więc na Ziemię z krainy Pierdololo i przejdźmy do meritum. Wczoraj, w legendarnej pobierowskiej lodziarni Szkolnickiego, do mojego stolika przysiadł się mężczyzna. Który, po serii narzekań na bolące plecy oraz korki na S3, nie omieszkał poinformować zebranych, że liczy już sobie ni mniej ni więcej tylko siedemdziesiąć pięć lat. Ha. Daleki jestem od jakichkolwiek porównań, ale nie oszukujmy się. My Loving Father wygląda jak syn wspomnianego jęczącego dziadeczka, który dysząc i świszcząc, ze zbolałą miną oczekiwał na przyniesienie mu do stolika gofra z bitą śmietaną i jagodami.

Rekapitulując – Wszystkiego Najlepszego, Młodzieńcze.

 

 

straight outta compton

W niedzielne przedpołudnie wybraliśmy się na powolny objazd okolic BC. Kiedyśmy w najlepsze pruli w górę mapy, DJ niespodziewanie spytał:

- Wolałbyś się urodzić w Kraszowicach czy w Compton?

- Hmmm, cóż my wiemy o Compton? – odparłem wymijająco.

- Za to sporo wiemy o Kraszowicach – skwitował DJ.

Jakiś czas potem, w poszukiwaniu wodopoju, wtoczyliśmy się na lwówecki rynek. Zaparkowawszy Szczałę, wbiliśmy do pierwszego napotkanego spożywczaka, gdzie nabyliśmy monstery i inne kubusie malinowe, z którymi leniwym krokiem ruszyliśmy ku tak zwanemu centrum.

- A wolałbyś się urodzić w Compton, czy we…. – zacząłem.

- Zdecydowanie w Compton – nie dał mi dokończyć DJ.

- Chyba przesadzasz – stwierdziłem. – Dom i poczucie szczęścia są w głowie. Wyobraź sobie, że masz już jakąś pozycję i przyzwoitą miejscówkę we Lwówku. A w niedzielę bierzesz żonę i dzieci na spacer po rynku, wpadacie do kawiarni i zamawiacie krem sułtański, po czym niespiesznie wracacie do domu…

- Gdzie zamykam się w łazience i wkładam sobie w usta lufę rewolweru – odparł DJ.

Coś w tym jest.

 

P.S. Z tego miejsca serdecznie przepraszam wszystkich mieszkańców Lwówka i Kraszowic. Oraz Compton. Bez obrazy, Drugare. To tylko luźna refleksja.

 

madame sonia – reaktywacja

 

Kojarzycie jeszcze, Drugare, taką Madame Sonię z Brodłeju czyli wróżkę, która mi swego czasu zasunęła mroczną przepowiednię o tańczącym ze śmierciami oraz zdychającym kocie? No więc Miłoszek, w poszukiwaniu mocnych wrażeń udał się do Sonii po raz kolejny. Tak po prawdzie, to jego inauguracyjna wizyta jak gdyby nie doszła do skutku, gdyż zawitał tam wtedy upalony i po kilku głębszych. W związku z czym, wróżka stwierdziła, że tych klientów nie obsługujemy  i Miłoszka odegnała. A zajęła się mną. Nieważne.

Tym razem Miłoszek przygotował się lepiej, czyli nic nie smażył ani tym bardziej nie oliwił, jeśli nie liczyć kilku promili błąkających się po jego organizmie od wieczoru poprzedniego. Poza tym znieczulić się od nowa byłoby o tyle trudne fizykalnie, że Sonia wyznaczyła spotkanie na dziesiątą rano. A od nas z dzielni do Brodłeju kawałek jednak jest. I tak ze czterdzieści minut trzeba dyndać.

Sesja od samego początku szła trochę pod górkę, gdyż Sonia stwierdziła, że aura jest nieprzezroczysta a zapory mocne, w związku z czym nie może ona dotrzeć do najgłębszych zakamarków Miłoszkowej duszy. Ale żeby nie stracić honorarium (od ostatniej wizyty podrożało o pięć dolców, tak na marginesie), rzutem na taśmę zaproponowała Miłoszkowi, że mu poda przybliżoną datę śmierci.

Rozważywszy wszelkie za i przeciw, Miłoszek uznał, że może takiej informacji nie dźwignąć, toteż pięknie podziękował. Na co, niezrażona Sonia wysunęła kolejną ofertę, polegającą na wybraniu z kilku odręcznie wypisanych przez pacjenta osobników tego, który najszybciej odejdzie do krainy wiecznych łowów.

Ta zabawa spodobała się Miłoszkowi zdecydowanie bardziej, więc tak trochę na pałę wrzucił do maszyny losującej: swoich rodzicieli, swojego trudnego brata oraz… mnie. Po krótkim namyśle, nie bez świądu interesownego, do listy dodał Ciocię Rysię z Belgii. Po której – kierowany wrodzoną naiwnością oraz bezbrzeżnymi pokładami niczym nie uzasadnionego optymizmu – spodziewa się otrzymać jakiś spadek.

Wróżka Sonia rzuciła okiem na listę, przesunęła nad nią grabiami, na moment się zacukała, po czym stwierdziła, że aura wokół miłoszkowych rodzicieli jest gęsta i niejednoznaczna, Ciocia Rysia ma przed sobą jeszcze kilka dekad słodkiego, miłego życia, natomiast najmocniejszym kandydatem na umarlaka jestem ja. Dostrzega we mnie bowiem złogi niedobrej energii, której poziom jest w stanie oszacować na dziewięćdziesiąt procent z lekkim hakiem. Numerologicznie w temacie mojej skromnej osoby również wychodzi sraka…

-  Jedno mnie zastanawia – przerwałem Miłoszkowi, gdyż mnie ta litania trochę zaniepokoiła. – Jak ty zrozumiałeś te niuanse, skoro nie potrafisz się dogadać w głupim spożywczaku albo na poczcie i wszystko muszę za ciebie załatwiać?

- Jakoś zrozumiałem – odrzekł Miłoszek – u Madame Sonii spłynęła na mnie jasność i wszystko kumałem. Poza tym dostałem od niej przekaz.

- A nie było tam takiego przekazu, żebyś się wziął do jakiejś roboty? Ile ostatnio popracowałeś w tym Save On Foods? Trzy tygodnie?

- Prawie pięć – odparł Miłoszek butnie. - Odszedłem w aurze nieporozumień, uprzedzeń rasowych oraz wzajemnych oskarżeń. Poza tym była tam zła energia, która blokowała mój samorozwój.

Trzymajcie mnie.

 

KSW 27

Za nami emocje związane z sobotnim KSW. Przeżywaliśmy to, jak zwykle zresztą, wespół w zespół. Tyle że przy błogosławionej pomocy zdobyczy XXI wieku. Czyli telefonów, internetów, skajpów i innych pay-per-wiów.

Mnie tym razem jakoś nikt specjalnie nie poruszył. Owszem, Khalidov ładnie załatwił niepokonanego dotąd Brazylijczyka, ale nie było w tym jakiejś nadzwyczajnej wirtuozerii, malowniczości czy dynamizmu. Ot, poleżeli, poleżeli, po czym Falcao zabębnił zdrową ręką o glebę. Czyli się poddał.

My Loving Father bardzo był rozczarowany wystąpieniem Pudziana, który prał się bezbarwnie, fizolsko i bez polotu. Mamedowi kibicował, owszem, ale – podobnie jak ja – nie piał z zachwytu. I tylko skomentował, w nawiązaniu do ostatnich przedeuroparlamentarnych wystąpień Adamka, że chyba nie będzie pary z nich.

Natomiast największym hitem KSW 27 było dla mnie odkrycie, że My Loving Mother jest wielką fanką Karoliny Kowalkiewicz. Jeśli wierzyć naocznym świadkom, oglądała całą walkę z ogromną uwagą oraz zaangażowaniem, pokrzykując i zagrzewając Karolę do walki.

Dumny jestem z takiej Matki.

 

mostasteless

Kiedym ze dwa roki temu* bawił w Polszcze, My Loving Mother ofiarowała mi paczuszkę specyfiku, który podobnież jest jakimś cudownym lekiem z bożej apteki. I regeneruje wątrobę lepiej od heparegenu. Dar przyjąłem, po czem na długie miesiące zakitrałem go w szafce z przyprawami.

A ponieważ coś mnie ostatnio niebezpiecznie i nader często zaczęło szpilować w prawym boku, tedy przewróciłem kuchnię do góry nogami i znalazłem. Ostropest. Przeterminowany, ale zawsze. Trzy dni się do niego modliłem, po czem, z pewną taką nieśmiałością zacząłem używać.

Doniesienia, że smakuje toto jak gnój spod smoka, tudzież zużyta ściółka ze stajni okazały się przesadzone, ale tylko trochę. Bardzo ładnie harmonizuje się wspomniany ostropest z serkiem waniliowym activia. I jakby pomaga. Gdyż szpiluje trochę mniej.

Nie pijcie, dzieciaki, okowity. I nie żryjcie koksu oraz spalaczy tłuszczu. Bo będziecie potem musiały wpylać te trociny.

Narka.

PicsArt_1400195765211* Nie znaczy to bynajmniej, że odwiedzam ukochaną Ojczyznę raz na dwa lata. Przeciwnie. Latam tam jak z pęcherzem, ze trzy razy w roku. Ale ostropesta pozyskałem tak jakoś kole 2012 roku.

 

dzień piękności (reaktywacja)

Przywróciłem dziś jakże doniosłą i potrzebną, choć mocno przykurzoną tradycję pod hasłem „Czwartek – Dzień Piękności”. Najstarsi Czytelnicy być może pamiętają te wszystkie hece towarzyszące moim polskim czwartkom sprzed ponad pół dekady. Polegało to wówczas, tak z grubsza, na porannym smażeniu się w solarium Bikini, po czem następował kilkugodzinny rajd po sklepach drogeryjnych oraz placówkach lumpeksowych.

W obecnej odsłonie wygląda to trochę inaczej. Albowiem nie chadzam ja już raczej do smażalni. Żeby nie skłamać, to podczas ostatniej, kwietniowej wizyty w Polszcze zrobiłem sobie podkład w postaci trzech sesji po osiem minut. W Bikini, a jakże. Ale potem to już na prawdziwym słońcu. Mieszkanie w tropikach zobowiązuje, ale również stwarza pewne nowe możliwości.

Nie jest ten proceder możliwy w ujęciu całorocznym, gdyż mamy tutaj, trwającą CZTERY MIECHY porę deszczową. Ale gdy już szaruga minie, to wtedy hulaj dusza. I pięć minut dziennie na balkonie pozwala się zesmażyć na skwarę.

Dzisiejszy Dzień Piękności polegał zatem na zmasowanej aplikacji zgromadzonych po szafach kosmetyków. A trochę się tego uzbierało. Po oddzieleniu ziarna od plew, zdecydowałem się na kurację złożoną z następujących substancji: Force Supreme czyli Deep Nutri-replenishing Care with Cedar Bud Extract and Pro-Xylane  od Biotherma, Platinum Men Recharge Serum Night  od Ireny, Hydra Energetic  z L’Oreala, Age Rescue  z Lab Series, Tiger Grass and Aloe Vera Maxi Revitalizer  z Dax Men, Lifting Radiance  od Sensai, Hydra Energetic Turbo Booster  z L’Oreala, Witamina E  (Ziaja) i na koniec rewelacyjny, kultowy Pietruszkowy pod oczy  (też Ziaja).

Oczywiście nie wszystkie na raz.

IMG_20140515_105328

będę dziadkiem

Nie jest to informacja stuprocentowo pewna, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć to raczej tak. Otóż chyba będę Dziadkiem. I to wielokrotnym. Ale od początku.

Zakusia osierociłem jakieś siedem lat temu, kiedym wyjeżdżał na inną półkulę. Trafił on pod opiekuńcze skrzydła Piotra K., któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję i tak dalej. Gdyśmy się rozstawali Zakuś miał niecały metr długości oraz nader wątłą konstrukcję cielesną. Teraz jest z niego taki kaban, że ledwo rozpoznałem. Gdyby nie buzia i oczki, to bym nie uwierzył, że to mój Syneczek. Który ostatnio podobnież dosyć skutecznie podziałał. I na świat, lada moment przyjdą małe Zakusiątka.

O przygodach Zakusia poczytać można sobie między innymi tu: 
http://www.ebooks43.pl/ksiazka,6,bazylek-daje-sobie-rade.htm

Jak również w książce papierowej pod tym samym tytułem.

Ewentualnie na blogu www.badmofuker.blog.pl. Od lutego 2003 do końca.

Miłej lektury.

Pozdro 600.

zakus2.jpg