Archiwum

Mało nas...

  • Wszystkich wizyt: 242368
  • Dzisiaj wizyt: 15
  • Wszystkich komentarzy: 19673

wanted… noble, educated and subtle lady

Historyjka niniejsza staje się przy końcu nieco chodnikowa i dosłowna, lecz nie to było intencją narratora. Przeciwnie. Życie napisało jednak inny scenariusz, a jak powszechnie wiadomo motywem przewodnim tego blogaska jest hasło kronikarska rzetelność przede wszystkim. Ale do rzeczy.

Kolejne miejsce w które uderzył Miłoszek w temacie pracy, okazało się katastrofą logistyczno – obyczajowo – moralną. Bo jeszcze na dodatek wysłuchaliśmy kilku żołnierskich kwestii. Ale po kolei. Oferta brzmiała mniej więcej tak, że szanujący się i zacny dom opieki nad seniorami poszukuje polskojęzycznej niewiasty dla potrzeb jednego z pensjonariuszy.  Pani ma być cierpliwa, elokwentna, towarzyska i wyrozumiała. Senior lubi sobie bowiem pogawędzić, powspominać stare czasy i tak dalej. Więc rzecz w tym, by go wysłuchać, zająć dykteryjkami, pograć z nim w garibaldkę i podyskutować.  A ponadto zabrać  z wózkiem na słoneczko, poczytać, pokarmić razem gołębie, zawieźć do dining roomu albo do świetlicy… Te klimaty. Trzy razy w tygodniu, po dwie godziny dziennie, wynagrodzenie do uzgodnienia.

Przygotowałem Miłoszkowi piękny list motywacyjny, w którym wyjaśniłem, że jest co prawda facetem, nie zaś kobietą. Ale nadmieniłem, że nie powinno to robić różnicy gdyż jest opiekuńczy, kumaty, towarzyski, z wyższym wykształceniem salonowym i generalnie wymarzony do takiej roli. Bo i bajerant, i gawędziarz, i dobry słuchacz, i troszkę retro w kwestii pasji, zainteresowań, lektur, filmów etc. Dodałem, że wielki z niego miłośnik historii, patriota, bardzo ciepły, rodzinny i w ogóle to idealny kandydat. Bez lipy.

Oddzwonili, a jakże. Na mój numer, bo się zgodziłem do samego szczęśliwego finału być miłoszkowym reprezentantem i adwokatem. Mój rozmówca przemówił w pięknej, czikagowskiej polszczyźnie:

- Więc co, koleś, uważasz że się nadajesz do tej roboty – bardziej stwierdził, niż spytał.

- Oczywiście – potwierdziłem żarliwie, po czym w punktach przypomniałem najmocniejsze elementy naszej oferty. Że kulturalny, oczytany, rodzinny, wykształcony, z horyzontami, dobry rozmówca, dyskutant, cierpliwy kompan i w ogóle cuda wianki.

- No dobra – skwitował mój rozmówca. – A pokażesz dziadkowi bubsa? Sturlasz mu? Dasz bobra poczochrać? Bo jak tak to spoko.

Zatkało mnie. A więc to takie mają być te gawędy powstańcze, chabry z poligonu, lektura klasyków i śpiewnik domowy…

Na przyszłość warto wiedzieć .

 

wanted… naked yoga teacher

Dnia pewnego znaleźliśmy frapujące i piękne ogłoszenie pod hasłem naked yoga teacher wanted, gdzie się kobita (Miłoszek dzwonił, więc wiemy że nie chłop) określiła w ten sposób, że bardzo jest zainteresowana taką formą yogi, bo słyszała, że to super fajne i daje inne doznania. I że zdaje sobie sprawę, że jest to kaprycho trochę jakby niezwyczajne, ale grosza nie poskąpi. I może być u niej na kwadracie, albo też w domu nauczyciela.

Miłoszek aplikował, ale zdaje się że bez rezultatu.

 

wanted… female driver with huge knowledge

Kurde, nie zdążyłem zrobić zrzuty ekranu, a tak bardzo chciałem się z Państwem czymś podzielić. Otóż  na wspomnianym craigslist znalazłem wczoraj przecudnej urody ogłoszenie pod tytułem: female driver with huge knowledge wanted.

Nie będę się tu silił na przypominanie sobie brzmienia oryginału, a po prostu streszczę po naszemu. Otóż potrzebna jest wysoce dyspozycyjna kierowczyni, która byłaby skłonna powozić w nienormowanym wymiarze godzin. Musi ona być zawsze szałowo ubrana, używać dobrych kosmetyków i ładnie pachnieć. Co do wiedzy  wyeksponowanej w tytule, to chodzi o orientację, gdzie się mieszczą najlepsze butiki w Vansterdamie. Oraz najbardziej szpanerskie kawiarnie.

Będziesz mnie zabierać z domu i zawozić do ekskluzywnych sklepów, na kawę do szykownych miejsc oraz na eleganckie lancze – czytamy w anonsie. Wynagrodzenie od 18 do 25 dolarów za godzinę. Słabizna, a poza tym skąd ta rozpiętość? Co trzeba zrobić za osiemnaście, a czym se zasłużyć na dwadzieścia pięć? Nie podali tego w ogłoszeniu. Podobnie jak klasy wozu, jaki jest wymagany do tych przejażdżek.

Ale podejrzewam, że nie honda civic.

 

wanted (wprowadzenie w klimat)

Nastąpi w tym miejscu cykl felietonów poświęconych naszym wytężonym poszukiwaniom pracy. Jak zapewne Szanowni Czytelnicy pamiętają, zatrudnieni byliśmy z Miłoszkiem na pewnej katorżniczej budowie, gdzie mnie się szalenie podobało, natomiast Miłoszkowi trochę jakby mniej. Dlatego sabotował robotę, wyczyniając rozmaite brewerie i psikusy. Jak na przykład podmienianie farb, instalowanie klamek pod napięciem lub też włączanie garburatora*, kiedy inny osobnik akurat trzymał rękę po łokieć w zlewie.

Nie udało się. Majster był na poziomie zen razy pentylion  i nijak nie dawał się podkurwić, choć Miłoszek stawał na rzęsach. Dopracowaliśmy więc do samego końca projektu, pobraliśmy stosowne wynagrodzenie, rozpierniczyliśmy je w oka mgnieniu, by natychmiast ochłonąć i przystąpić do intensywnych poszukiwań kolejnego niefrasobliwego pracodawcy.

Kiepsko nam to szło, choć nie przepuściliśmy żadnej lokalnej gazecie, tablicy ogłoszeń oraz innym komunikatorom. Aktualnie jesteśmy na etapie craigslist, czyli takiej jakby lokalnej internetowej platformy porozumiewawczej. Roboty póki co tam nie znaleźliśmy, za to wpadło nam w oko kilka pereł natury obyczajowej. Niniejszym przystępujemy do dzielenia się nimi z Państwem.

Jadziem.

 

* Zapytują mnie niektórzy znajomi, co to jest ten garburator. A jest to taki super-młynek zamontowany pod zlewem w celu zmasakrowania ewentualnych odpadków spożywczych. Piękna sprawa. Można do zlewu obierać ziemniaki, strugać marchewki, wywalać fusy z ekspresu, skorupy od jajek, farfocle z zupy, no w zasadzie wszystko. Może poza kośćmi od kurczaka, choć prywatnie uważam, że maszyneria by sobie z nimi poradziła na luzaczku. Bo jest to torpeda straszliwa, która na miazgę tłucze wszystko, co podleci. Niedawno mi tam wpadła ulubiona kopystka, po której zostały wióry. Dosłownie.

 

pióra w dupie, czyli… happy pride (2)

- Nie lubi Bozia tych fikusów, co? – zagadnęła mnie z rana Pani Bogusia, która pomieszkuje w sąsiedniej kamienicy.

- Że niby dlaczego? – zaciekawiłem się. – I o jakich fikusów detalicznie się pani rozchodzi?

- Tych z piórami w dupie – odparła Pani Bogusia. – Bo niech sam powie (pani Bogusia, nie wiedzieć czemu od zawsze zwraca się do mnie w trzeciej osobie), przez czterdzieści dni były dzikie upały i nie spadła ani kropelka, a tu zapowiadają deszcze w samą tą ich paradę – zachichotała z satysfakcją.

Cóż. I takie nastroje wyczuwa się w lokalnej społeczności. Bowiem moim skromnym zdaniem nastąpiło lekkie zmęczenie materiału, wyczuwalne oczywiście pośród tej części ludożerki, która deklaruje zdecydowanie prostą orientację. Nawet wśród tych dotąd liberalnych i przyjaznych. Ale do rzeczy.

Na naszej dzielni (zwanej Davie Village lub Tęczową Wioską) rozpoczęły się doroczne obchody Pride Weekend. Z większą niż zazwyczaj pompą, bo po raz trzydziesty piąty. Nie ma sklepu, knajpy czy nawet banku, gdzie nie powiewałyby wielobarwne flagi oraz inne okolicznościowe akcesoria.

- Ale idzie pani na paradę, nie? – spytałem, tak trochę przekornie.

- Chyba zgłupiał – oburzyła się Pani Bogusia. – Wzięłam se dzień pracujący od rana do wieczora. Nie zamierzam oglądać tych gołych zadków i obściskujących się chłopów w marynarskich czapeczkach. A on co, też gdzieś wyjeżdża na ten czas z miasta?

- A gdzie tam wyjeżdża? – wtrąciła się Karakaszanka. – My co roku chodzimy…

-Taaaaak? – zdziwiła się Pani Bogusia. – Chyba pogłupieli…

- Nie no, on niby dziennikarz, to dokumentuje takie akcje – wyjaśniła Karakaszanka, wskazując na mnie. – Setki zdjęć robimy i tak dalej…

- Tylko do Polski nie wysyłajcie, bo pomyślą, że my tu w jakimś wariatkowie mieszkamy. Albo innym burdelu – westchnęła Pani Bogusia. - Ja nie mogę na te ich marsze chodzić, bo to nie na moje nerwy. Raz poszliśmy, to mnie mąż musiał trzymać, bo chciałam podlecieć do takiego jednego pomalowanego golasa i mu nakłaść po gębie…

No, tośmy sobie pogadali.

Będzie chryja, jak mnie Pani Bogusia jutro zobaczy w moich koralach i paradnym stroju.

 

będzie ciasno, czyli… happy pride (1)

Trochę się nam dzielnia zaczęła przeludniać ostatnimi czasy. Dziś przedostatni fajerwerkowy wieczór, gdzie się na plaży przy English Bay znów zbierze czterysta tysięcy oglądaczy. Z kolei pojutrze osławiona Parada. Krążyła taka pogłoska, że nas przy okazji nawiedzi milion luda, ale jak zwykle przesadzali. Ma być maksymalnie sześćset pięćdziesiąt tysięcy. Ale nie o tym chciałem.

Davie Village posiada charakter rozrywkowo – zadymiarsko – gastronomiczny, więc nikogo nie dziwi obecność tryliona restauracji, pubów, klubów, dyskotek i kawiarni. Jeśli wierzyć pogłoskom, we wszystkich tych lokalach od kilku dni solidarnie praktykowany jest bojkot rosyjskich wódek i innych spirytualiów. A to w związku z niedawnym wprowadzeniem przez Pana Putina nowych regulacji obyczajowo – prawnych.

A w rosyjskiej knajpie u zbiegu Denman i Robson, to już żadna szanująca się tęczowa noga nie postanie.

 

dom bez okien, czyli… fajny film wczoraj widziałem (part 1)

Dom bez okien. Starawy, ale piękny. Rok 1962, jeden z pierwszych obrazów Stanisława Jędryki, którego, wstyd się przyznać, kojarzyłem dotąd tylko z Tolkiem Bananem, Majką Skowron, Dudusiem, Poldkiem oraz Przebacz mi Brunhildo.

A tu poważka, całkiem niezły hardkor i w ogóle kino moralnego niepokoju. Obsada wybitnie gwiazdorska. Danuta Szaflarska w rozkwicie i z niesamowitym nerwem. Jeszcze całkiem poważna Hanna Bielicka… No i genialny, przeszywający Gołas. Jego rola w Domu bez okien po prostu miażdży. Poza tym, to jeszcze z niego naówczas było niezłe ciacho, nieprawdaż.

A tak jakby nawiązując do akcji… Prywatnie znałem kiedyś podobnego mima oraz pysznego imitatora. Uczęszczał do tej samej oberży co ja, gdzie wyśmienicie parodiował  stałych bywalców. Którzy go uwielbiali i się z jego grepsów oraz facecji zaśmiewali do rozpuku.

Aż się razu pewnego jeden podpity biesiadnik nie poznał na Mietkowym poczuciu humoru. I mu nakładł po mordzie. Tak się kończą wielkie komedio-dramatyczne kariery.

Ale to tylko taka luźna dygresja.

 

a panna krysia, panna krysia królowała na turnusach nie od dzisiaj…

(…) w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty
Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty. (…)

Pisarz angielski Joseph Addison w 1711 roku opublikował w czasopiśmie The Spectator  satyrę o Akademii Wachlarza, w której ogłosił, że kobieta bez wachlarza jest tak nieużyteczna jak mężczyzna bez szpady. Jeśli taka Akademia istniała tylko na papierze, to w kilkadziesiąt lat później królowa Szwecji, Luiza Mirck, powołała do życia Zakon Wachlarza (1774), do którego należały co znamienitsze damy dworu. W nim miały poznawać i strzec tajników tej niewieściej broni. Dzięki niej mogły być bardziej kokieteryjne i niepostrzeżenie uwodzić innych mężczyzn na oczach nieświadomego niczego małżonka.

W kodzie kochanków kryło się podwójne znaczenie wachlarza, tej nietypowej broni uwodzicielskiej. Manipulowanie nim wyrażało zamiary, uczucia i stan ducha, lecz również ujawniał się status społeczny osoby, która posługiwała się tym przedmiotem. We władaniu i zabawą wachlarzem ceni się wytworność dam i jeśli kobiety piękne i szykowne, nie potrafią jego trzymać z gracją i elegancją, popadają w straszną śmieszność - twierdziła Madame de Staël (Anna Luise Germaine de Staël-Holstein, 1766-1817), pisarka francuska i znawczyni życia salonowego.

W wykonaniu prawdziwych dam ruch abanico  przeradzał się w sekretny język, pełen aluzji, w którym kochankowie mogli wyrażać stan swoich uczuć: gniew, odmowę, obietnicę, groźbę lub wybaczenie. Sam przedmiot świetnie się nadawał do aranżowania schadzek. A co mówiły damy ruchem wachlarza? Były w stanie powiedzieć praktycznie wszystko. Oto kilka przykładów: twarz zasłonięta wachlarzem, w taki sposób, by widać było tylko oczy – szukam znajomości…

W Polsce pierwszy raz o salonowym telegrafie  można wyczytać w 1823 roku w Kurierze dla Płci Pięknej. Ówczesny dziennikarz napisał, że doskonałym sposobem, aby kobieta mogła poznać wielbiciela bez uszczerbku na reputacji, było skorzystanie z „języka wachlarza”: Ten nowy salonowy telegraf, jeśli widzisz ku posadzce nachylonym, zbliż się z przodu, znakiem to bowiem jest, iż ci się tylko o coś spytać mają. Jeżeli zaś tenże na którym bądź ramieniu spoczywa, staraj się zbliżyć z tyłu, nieznacznie i bez zwrócenia uwagi aż do poręczy krzesła, mają ci bowiem dwa słówka do ucha powiedzieć…

Kobieta wchodząca na salę i składająca wachlarz chciała natomiast powiedzieć – dziś nie przyjdę, Miły…

Wsparty zaś lekko na poduszce sąsiedniego krzesełka jest znakiem życzenia, abyś usiadł – spiesz się więc dopełnić tego żądania, powinieneś bowiem poznać, iż chcą z tobą pożartować. Z tąd wiedzieć można, jak próżne byłoby usiłowanie tych, którzyby chcieli ułożyć słownik niemego płci pięknej języka, kiedy on wraz z nią od mody jedynie zależy…

Kobieta wachlująca się lewą ręką „mówiła”: nie kokietuj innej!  Lub – jesteśmy obserwowani…

Pod koniec XVIII wieku pojawił się nowy typ wachlarza – konwersacyjny – który był używany aż do XX wieku. Rozpowszechnił się zwłaszcza we Włoszech (Wenecja), Francji, Anglii i Hiszpanii. Dzięki odsłanianiu odpowiedniego układu cyfr, ukrytych w pejzażu, można było tworzyć dialogi. Niektóre wachlarze konwersacyjne  zawierały przemyślne zdania wraz z aluzjami i symbolicznymi obrazkami. Dama wskazywała amantowi na swoim wachlarzu odpowiednią frazę, na przykład J’ai perdu ma liberté (Straciłam wolność) lub Un s’envole l’autre revient (Jeden odchodzi, drugi przychodzi). W 1795 roku paryżanki zaczęły używać jeszcze innego typu wachlarza. Nazwano go telegraficznym, bowiem ukrywał znaki, z których budowało się słowa…

Kobieta przekładająca wachlarz z ręki lewej do prawej „mówiła” swemu sekretnemu kochankowi – Jesteś zuchwały… Otwierając wachlarz i zamykając go naprzemiennie, wyznawała z pretensją – Jesteś okrutny…

Nasze rodzime damy nie pozostawały w tyle za najnowszymi trendami mody. Bo, jak wiadomo, co Francuz wymyśli, to Polak polubi… Łukasz Gołębiewski – dziewiętnastowieczny badacz obyczajów – tak pisał o niewieścim stroju z czasów Augusta III w swej książce „Ubiory w Polszcze”:  Bez wachlarza damy nie pokazały się na przechadzce lub jadąc, nawet i w domach, zasłaniając się nim od słońca, chłodziły powiewając nim, osobliwie kiedy tańcem lub przechadzką były zmordowane. Wachlarz najmodniejszy i najdroższy był, kiedy miał żeberka z kości słoniowej, wycinane, powleczone kitajką ozdobioną malowaniem chińskiem. Podlejsze wachlarze były z drewna i papieru, z malowidłem lub drukiem albo wybijaniem różnych kwiatów i figur.

Wachlarz zaś trzymany zdecydowanie oburącz na wysokości serca informował: Nic nie zmieni mych uczuć do Ciebie

 

(…) Wszystkie oczy utonęły w scenie, tylko Zukerowa zza wachlarza patrzyła w Karola, który zdawał się tego nie spostrzegać, co ją tak widocznie irytowało, że po kilka razy składała wachlarz i uderzała nim w parapet jakby od niechcenia. (…)

 

(Fotografie z zasobów sieci internetowej, autorzy nieznani, ale wszystkim – szacun. Literacko korzystałem z publikacji Pana Sławomira Kosielińskiego Spojrzenie zza wachlarza, cytatów z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, Ziemi obiecanej  Władysława Reymonta oraz źródeł wymienionych w tekście.)

light medium brown with a touch of gray

Taki kolor nominalnie miała farbka, którą zakupiłem w London Drugs  w celu ujednolicenia barwy mojej imponującej brody, która siłami natury wyrosła w trzech kolorach oraz jedenastu odcieniach.

Cała operacja, zgodnie z zapewnieniami producenta trwała pięć minut. Nie piekło, nie szczypało, włosy mi nie wyszły… Przeciwnie, jest ich teraz jakby więcej. Za to mają kolor świeżej kac-kupy. Kurcze, mogłem zrobić jakiś test na nodze, albo grzywce, gdziekolwiek. Niestety, pojechałem na ostro i teraz wyglądam jak debil. A już na pewno nie jak fatek na opakowaniu specyfiku.

Ja pitolę. Jeśli to nie jest farbka zmywalna, pozostanie mi tylko ogolenie się na błysk.

I nigdy więcej takich praktyk.

moje zdrowie, bo moje urodziny

A miało być tak pięknie. Ale po kolei. Zeszłej nocy było gorąco jak w piekle, więc poszedłem spać do naszej oranżerii na balkonie. I mnie tam we śnie użarła jakaś gadzina. Nie wiem, czy skorpion, czy tarantula, a może jakieś inne dziadostwo, jeszcze nezbadane przez naukę. To bez znaczenia, ale nie chcę podzielić losu Jeffa Hannemana, świeć Panie nad jego duszą. Chociaż podobnież nie pająk był bezpośrednią przyczyną jego tragicznego zejścia…

Z objawów osiowych, to przede wszystkim mam słoniowaciznę prawej ręki, a swędzi tak że można dostać pierdolca. Poza tym zauważyłem u siebie lekkie mroczki, splątanie i zaburzenia orientacji czasoprzestrzennej. Ducha jednak nie gaszę. Urodziny zobowiązują. Poza tym te mroczki i splątanie mogą mieć jakiś luźny związek z faktem, że tradycyjnie obchodzę ja Triduum Urodzinowe, które zainaugurowałem już wczoraj, nieprawdaż.

Od samego świtu rwącą strugą popłynęły życzenia, prezenty oraz innych łask strumienie. Za lwią większością tych inicjatyw stała oczywiście Karakaszanka, ale nie nawalili także moi Przyjaciele. Lokalni, bolesławieccy, zamorscy oraz wirytualni. Hvala lijepa, Drugare, bardzoście mnie wszyscy uradowali.

U mnie dopiero przed jedenastą z rańca, toteż się do obchodów dopiero rozgrzewam. W programie mały szoping, stosowna granda oraz rajd po suszarniach. Nie wiem tylko, czy tę zesłoniowaconą kończynę wcisnę w jakiś rękaw. A może do popołudnia sklęśnie.

Jest dobrze.